Wierny towarzysz w cierpieniu

Przewodnik Katolicki 32/2012

W tym roku, 13 sierpnia, minęła 35. rocznica śmierci abp. Antoniego Baraniaka, metropolity poznańskiego w latach 1957–1977. Był on zaufanym sekretarzem prymasów – Augusta Hlonda i Stefana Wyszyńskiego. Ale nie tylko dlatego powinniśmy o nim pamiętać.

 

Tamtego dnia nad Poznaniem świeciło słońce. To ważne, bo jak pamiętają ci, którzy go znali, on zawsze bardzo lubił słoneczne dni. Częściej się wtedy uśmiechał i chętniej wspominał lata swojego pobytu w gorącej Italii czy Francji. Zatem tego dnia, dokładnie 13 sierpnia 1977 r., dzień był jasny i ciepły. Wakacyjny. Wydawałoby się – radosny. Ale nie dla poznańskich katolików.

W szpitalu przy ul. Przybyszewskiego umierał w okrutnych bólach pasterz poznańskiego Kościoła. Nowotwór trzustki, półpasiec, zapalenie opłucnej z wysiękiem zrobiły swoje. Wychudzony, spuchnięty, obolały odchodził z tego świata w otoczeniu wiernych i oddanych współpracowników, księży, sióstr zakonnych, biskupów. Ktoś ciągle był przy jego łóżku. Tylu z nich chciało jeszcze go zobaczyć, pożegnać, podziękować. Tylu koniecznie chciało poprosić umierającego: „niech nam jeszcze Ekscelencja pobłogosławi”. To do niego do szpitala z Warszawy specjalnie przyjechał prymas Wyszyński, a kilka dni później kard. Karol Wojtyła. Wszyscy, którzy znajdowali się wtedy w jego pokoju, słyszeli, gdy żegnając się, powiedział: „Ekscelencjo, Kościół w Polsce nigdy nie zapomni tego, co Ekscelencja uczynił dla niego w najtrudniejszym dla tego Kościoła czasie”. Kim był człowiek, którego żegnano takimi słowami? Dlaczego takie słowa padły? By to wyjaśnić, trzeba się cofnąć o kilkadziesiąt lat. Prześledzić życiorys jednego człowieka, którym tak naprawdę moglibyśmy obdzielić kilka zasłużonych osób.

Syn wielkopolskiej ziemi

Ta historia zaczyna się 1 stycznia 1904 r. we wsi Sebastianowo w Wielkopolsce. Antoś Baraniak był synem niezbyt zamożnych rolników. Po ukończeniu szkoły powszechnej przyjęty został do Zakładu Księży Salezjanów w Oświęcimiu. Był wesoły i dowcipny, jego krewni do dziś opowiadają sobie rodzinne anegdoty z jego udziałem i pamiętają, jak zawsze pełne śmiechu i radości były jego spotkania z rodzeństwem, gdy po latach wspominali swoje dzieciństwo. W 1924 r. Antoś był już Antonim, pracował jako wychowawca w Salezjańskich Zakładach w Czerwińsku n. Wisłą, a potem w Warszawie. Dojrzewało w nim powołanie. W 1927 r. został skierowany na studia teologiczne i prawnicze do Rzymu. Święcenia kapłańskie przyjął 3 sierpnia 1930 r. w Krakowie z rąk kard. Stefana Sapiehy. W 1931 r. uzyskał doktorat z teologii na Uniwersytecie Gregoriańskim, a w roku 1933 z prawa kanonicznego na rzymskim Uniwersytecie św. Apolinarego. Był bardzo zdolny, musiał wyróżniać się w tłumie rówieśników, bo to on zwrócił uwagę prymasa Hlonda, który we wrześniu 1933 r. mianował go swoim osobistym sekretarzem. Okres wojny 1939–1945 spędził razem z prymasem Hlondem na wygnaniu we Włoszech i Francji, prowadził wówczas jego kancelarię. Tu z pewnością przydała się jego biegła znajomość aż pięciu języków obcych – włoskiego, francuskiego, hebrajskiego, greki i oczywiście łaciny. Po powrocie do kraju w 1945 r. ks. Antoni Baraniak był nadal najbliższym współpracownikiem prymasa Hlonda przy organizowaniu życia kościelnego w nowych granicach Polski. To właśnie jemu umierający prymas Hlond powierzył misję przekazania papieżowi nazwiska hierarchy, którego widziałby na swoim miejscu. Ks. Baraniak wywiązał się z niej solidnie i tak dyskretnie, że przez wiele lat prymas Wyszyński nie wiedział, komu między innymi zawdzięcza to stanowisko. Tym bardziej jest więc wymowne, że nie wiedząc tego, po śmierci kard. Hlonda w 1948 r. zatrzymał ks. Baraniaka na stanowisku kierownika swojego sekretariatu. Trzy lata później, w 1951 r. z rąk Prymasa Tysiąclecia w katedrze gnieźnieńskiej otrzymał on sakrę biskupią.

We wrześniu 1953 r. – w tym samym dniu co prymas Wyszyński – został aresztowany. Nie miał pojęcia, jakie szykany, tortury i cierpienia przyjdzie mu znosić przez najbliższych 27 miesięcy.

Towarzysz w cierpieniu

Każdy, kto kiedykolwiek przekroczy bramę więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, nie zapomni chyba nigdy złowrogiego dźwięku zatrzaskujących się jej metalowych elementów. Od środka, na pierwszy rzut oka, więzienie podobne  jest do tych z amerykańskich filmów.  Spacerniaki obsadzone zieloną trawą, schludne chodniki i czyste ściany budynków nie przypominają miejsca kaźni ani straceń. Ale wystarczy zejść schodami kilka metrów w dół i kilkoma korytarzami w głąb, by niemal fizycznie poczuć grozę najcięższego więzienia politycznego Polski Ludowej. Małe okno z grubymi kratami, muszla klozetowa w kącie, stęchnięty materac na metalowym odrapanym łóżku i goła żarówka na suficie, i nic więcej – to standard każdej celi. Nie słychać żadnego dźwięku z zewnątrz, a poza fragmentem nieba czy więziennego podwórka nie widać nic.

Bp Baraniak trafił właśnie do takiej celi. Ani on, ani prymas nie byli w stanie przewidzieć, do czego posuną się komuniści, chcący sfingować proces przeciwko kard. Wyszyńskiemu, chcący oskarżyć go o zdradę stanu i działania szpiegowskie. Gdyby w zeznaniach jego najbliższego współpracownika, jakim był wówczas abp Baraniak, udało się potwierdzić, uprawdopodobnić choćby jeden z tych zarzutów, skompromitowany prymas po pokazowym procesie musiałby zapewne opuścić nasz kraj. Tak, jak stało się to na Węgrzech, w Czechach czy Chorwacji.

Bp Baraniak poddany był więc wyjątkowo intensywnej „obróbce”. Decyzje na temat stosowanych wobec niego metod śledztwa podejmowano na najwyższym szczeblu.
Robiła to m.in. znana z okrucieństwa stalinowska prokurator Julia Brystygierowa, a arcybiskupem zajmowali się ubecy, którzy podlegali m.in. katowi tego okresu – Józefowi Różańskiemu. To, co bp Baraniak przeszedł w więzieniu na Rakowieckiej, częściowo zawarte jest w dokumentach UB, które dziś znajdują się w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Opublikował je w 2009 r. bp Marek Jędraszewski w I tomie liczącej 580 stron książki Teczki na Baraniaka. Ale jest to tylko częściowy zapis tego, co działo się w okresie uwięzienia późniejszego arcybiskupa poznańskiego. W dokumentach UB nie ma przecież śladu po biciu aresztowanego (a arcybiskup do końca życia miał na plecach kilkanaście 10-,15-centymetrowych blizn, będących – jak to sam nazywał – pamiątką po pobycie w więzieniu, które lekarz zidentyfikował jako ślady po biciu), nie ma żadnych informacji o stosowaniu wobec niego tzw. ciemnicy, czyli trzymaniu przez kilka dni nago w wilgotnej, spływającej fekaliami celi bez okna i światła, bez podania mu jedzenia czy picia, w dokumentach tych nie ma mowy o wyrywaniu paznokci czy odmawianiu udzielenia podstawowej pomocy lekarskiej w przypadku takich schorzeń, jak zapalenie wyrostka robaczkowego czy krwawy nieżyt żołądka. Informacje o tych prześladowaniach można uzyskać jedynie szczątkowo od świadków fragmentarycznych wypowiedzi abp. Baraniaka, który sporadycznie mówił o tym różnym osobom w różnych okolicznościach swojego życia. (Pisaliśmy o tym w „PK” nr 18/2012).

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...