Świadek wiary radosnej

Mówią o nim: „Leon zawodowiec”. Żartobliwie – i z uznaniem. Znam wielu takich, którzy wysłuchawszy opowieści o czyichś rozterkach, powiedzieliby: „Idź z tym do Leona”. Tygodnik Powszechny, 3 stycznia 2010


 

Z o. Leonem Knabitem, benedyktynem, autorem blogu ojciecleon.blog.onet.pl rozmawia Artur Sporniak, publicysta „Tygodnika”, autor blogu sporniak.blog.onet.pl



ARTUR SPORNIAK: Zacznijmy od Świąt. Ojciec, jak się domyślam, spędza je w opactwie w Tyńcu.

O. LEON KNABIT OSB:
Mnich, składając śluby, wiąże się z danym klasztorem - przyrzeka spędzić w nim życie. To klasztor jest dla nas domem, dlatego zwłaszcza święta wszyscy staramy się w nim spędzać i cieszymy się, że możemy być razem. Właściwie oprócz liturgii, szczególnie uroczystej na Święta, wszystko inne odbywa się tak, jak w innych domach; z tym, że w zwykłym domu jest kilka czy kilkanaście osób, a u nas do 50. Ojciec opat zdejmuje klauzurę z refektarza i świąteczne posiłki spożywamy razem z gośćmi: nawet panie mogą w tym czasie doń wejść i składać życzenia. Śpiewamy kolędę, dzielimy się opłatkiem, a następnie jest dobre jedzenie.

Co jecie w Wigilię?

Tradycyjne: musi być barszcz z uszkami - taki jedyny, wigilijny, chociaż supermarkety już od połowy listopada serwują go przy choince i dźwiękach kolędy. Jest kapusta z grzybami, karp, kluski z makiem. Czasem jest też kutia.

Kto piecze świąteczne ciasta?

Przedtem piekły siostry zakonne, teraz robią to świeckie panie kucharki. Muszę powiedzieć, że świetnie gotują, więc wszyscy są zadowoleni.

Czy mnisi dostają prezenty?

Raczej nie. Niekiedy jakiś drobiazg, np. kalendarzyk na Nowy Rok. Nam niczego nie potrzeba.

A czy w Tyńcu jest tradycja, że mnisi w drugi dzień świąt odwiedzają swoje rodziny albo zaprzyjaźnionych świeckich?

Tak, jak najbardziej. Najczęściej odwiedzamy tynieckich parafian. Jeśli tylko jesteśmy zaproszeni, bo specjalnie się nie wpraszam.

Ojciec już jest w zakonie 50 lat...

51.

Nie tęskni Ojciec czasem za domowym ciepłem?

W zakonie spędziłem o wiele więcej lat niż w rodzinie. Właściwie już tego domowego ciepła nie pamiętam. W 1948 roku, a więc 61 lat temu, byłem już w seminarium duchownym. W rodzinnym domu mieszkałem tylko do 18. roku życia. Gdy miałem 13 lat, mojego ojca listonosza zamordowali Niemcy, zatem Święta bywały trochę smętnawe. Ale wesele Bożego Narodzenia jednak zwyciężało, chociaż żyło się pod presją okupacji, wywiezionych, mordowanych i sukcesów niemieckich na wszystkich frontach.

A którą Wigilię zapamiętał Ojciec szczególnie?

Najważniejsza Gwiazdka to ta pierwsza kapłańska. Wyświęcony byłem w trzeci dzień świąt, 27 grudnia. Cały ten rok spędziłem jako człowiek chory i niedomagający, na rekonwalescencji. Najpierw był to Otwock, po święceniach sanatorium. Później pojechałem na Podhale, żeby kontynuować leczenie klimatyczne. I stamtąd właśnie przeniosłem się do Brzegu, gdzie odbyła się pierwsza wigilia i pierwsza pasterka kapłańska – góralska wioska, ośnieżone smreki... Saniami jechaliśmy złożyć proboszczowi życzenia chyba z osiem kilometrów. Najważniejsze, że ludzie, u których się stołowałem i mieszkałem, rzeczywiście zastępowali mi rodzinę. Rzecz jasna myślałem o mojej rodzinie, ale nie odczuwałem jej braku. Od tego czasu cieszę się z każdych świąt gdziekolwiek je spędzam. Nie mogę narzekać: „jak dobrze by mi było z rodziną, a jednak muszę być z wami”. Mówię: „chcę być z wami”. To tak, jak matka, zapytana, które dziecko kocha najbardziej, odpowie, że to, które właśnie trzyma na kolanach. Cieszę się tym, gdzie w danej chwili jestem.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama