Finał pełen kopniaków

Tygodnik Powszechny 29/2010

Pośród całej tej katastrofy, jaką był finał mundialu, należy się cieszyć, że zwyciężył ten, który więcej wniósł do niego piłkarsko. Ironia polega na tym, że Hiszpanie grali bardziej po „holendersku” niż Holendrzy.

 

Maciej Wiśniewski: Lubi Pan podkreślać, że mecz zawsze rozgrywa się dwa razy: raz na boisku, drugi raz w głowie. Teraz, gdy stadiony w RPA już opustoszały, co zostało w głowie?

Juan Villoro: To oczywiście zależy od indywidualnego podejścia: w futbolu zbiegają się emocje, uprzedzenia, stare rywalizacje i chęć kompensaty, ale podejrzewam, że koniec końców w głowie najczęściej pozostają tylko stare traumy.

Niesłychanie interesująca wydaje mi się następująca parabola: zawiedli wszyscy piłkarze, którzy wystąpili w reklamie „Write the Future” – nakręconej dla Nike’a przez meksykańskiego reżysera Alejandro Gonzáleza I?árritu i znakomitej z punktu widzenia filmowego. Ronaldinho nie dostał powołania, Drogba grał z kontuzją, Ronaldo, Rooney i Ribéry nie zachwycili, Cannavaro miał na sumieniu błędy, które doprowadziły do wyeliminowania Włoch. To tak, jakby Bóg futbolu zdecydował, że ten, kto udaje w reklamach kogoś grającego najlepiej, na prawdziwej murawie słono za to zapłaci.

Meksykańska fala

A co pozostaje w głowie kibica z Meksyku?

Meksyk ma kilku rywali, którzy są dla nas „czarnymi charakterami”. Pierwszy to oczywiście Stany Zjednoczone: półtora wieku temu straciliśmy na ich rzecz połowę terytorium, ale przez długi czas górowaliśmy nad nimi piłkarsko, co było jednym z naszych nielicznych historycznych zadośćuczynień. Od pewnego czasu, niestety, sytuacja się odwróciła: w mistrzostwach świata to USA przechodziły do następnej fazy rozgrywek, zostawiając Meksyk w tyle.

Drugi nasz „wróg” to Argentyna, tym razem z powodów czysto futbolowych. Od dłuższego czasu zmagamy się z mityczną granicą „piątego meczu”: na mundialu w RPA, podobnie jak w Niemczech w 2006 r., w walce o ćwierćfinał graliśmy właśnie z Argentyną i kolejny raz polegliśmy. Czwarty mecz na turnieju okazał się meczem ostatnim.

A więc nam przede wszystkim pozostała powtórka „argentyńskiego kompleksu”.

Wiadomo, że kibicowanie to z reguły pasmo cierpień i rozczarowań. Ale kondycja kibica meksykańskiego jest chyba wyjątkowo przygnębiająca...

Przypomnijmy: pierwszy gol w historii mistrzostw świata został strzelony właśnie Meksykowi – przez Francuza Luciena Laurenta, na turnieju w Urugwaju w 1930 r. Z pięciu krajów, które najczęściej brały udział w mundialach (cztery pozostałe to Brazylia, Włochy, Anglia i Argentyna) właśnie Meksyk ma najgorsze osiągnięcia. Zawsze byliśmy tłem: doświadczaliśmy okropnych golizas i upokorzeń. Od 1994 r. utrwaliliśmy swoją pozycję przeciętniaka, drużyny środka światowej tabeli: wychodzimy z grupy, ale ani kroku dalej.

Co charakterystyczne, zapał i oddanie meksykańskich kibiców są odwrotnie proporcjonalne do tych rezultatów: reprezentacja Meksyku nie tylko posiada jedną z największych publiczności, ale i jest jedną z najbardziej zyskownych – jest na czwartym miejscu w świecie, jeśli chodzi o poziom przychodów. Oddanie meksykańskiego kibica objawia się m.in. w tym, że jest gotów kupić wszystko, co ta reprezentacja reklamuje, więc sztucznie pompuje się jej wizerunek, żeby móc sprzedać więcej towarów.

Jeśli kiedykolwiek zorganizowano by mistrzostwa w kibicowaniu, na pewno gralibyśmy w finale: do RPA, nie dość, że daleko, to jeszcze w czasach kryzysu, pojechało ponad 20 tys. Meksykanów. Nasi kibice zatracają się w poparciu, nie mając jakiejkolwiek nadziei na realny sukces. Kibicowanie jest tylko pretekstem, aby odwołać się do wspólnoty: nasz kraj na przestrzeni historii doznał tak wielu porażek, że wszystkiego rodzaju święta kościelne czy państwowe nie służą do celebracji zwycięstw, ale oferują tylko okazję do bycia razem.

Patriotyzm futbolowy to nie tylko marketing, ale także narzędzie do przysłaniania wewnętrznych problemów – przykładem choćby manipulacja, której dopuściły się oligarchie honduraska i salwadorska w trakcie eliminacji do mundialu ’70, prowadząc obydwa kraje do wojny. W ostatnich miesiącach prezydent Meksyku Felipe Calderón zaczął snuć wizję „realizmu futbolowego”, starając się przysłonić efekty uboczne swojej katastrofalnej wojny z narkotykami i „epidemię zabójstw”, która przez ostatnie 3 lata przyniosła ponad 24 tys. ofiar.

Nie da się zmienić rzeczywistości samymi deklaracjami. Prezydent Calderón mówił przed mundialem, że Meksyk ma zły wizerunek w świecie nie dlatego, że ma problemy, ale z winy samych Meksykanów. Dawał przy tym przykład Brazylii: kraju, w którym panuje podobny poziom przestępczości, ale który cieszy się dobrą opinią w świecie (wkrótce będzie miejscem olimpiady i kolejnych mistrzostw świata). Według Calderóna dzieje się tak dlatego, że Brazylijczycy mówią dobrze o swoim kraju, a my, Meksykanie, źle. Trudno o większą głupotę.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...