Wartość i jakość przyjaźni

Zeszyty Karmelitańskie 53/4/2010 Zeszyty Karmelitańskie 53/4/2010

Marzymy o przyjaciołach. Chcielibyśmy mieć ich określonych… Tak jak to sami widzimy, lub kiedy czytamy o takich spełnieniach. Pragniemy więc, by to był ktoś z kręgu mego życia. Żebym mógł mieć dostęp do tego kogoś. I żeby była odpowiedź z jego strony

 

Antoni Rachmajda OCD (A.R.):Przypomina mi się św.Teresa z Ávila, dla której przyjaźń była ogromnie ważna i która sama podkreślała, że jej przyjaźń łatwo można było pozyskać, wystarczyło „kilka szparagów”...

Leszek Długosz (L.D.): Na samym początku mamy więc problem: czy można zyskać przyjaźń za coś? Za jakąś wartość, choćby to były szparagi, czy raczej – za okazaną jakość? Oczywiście płynne to terminy – jakość, wartośćTrudno wierzyć, że dla Św. Teresy wartość kilku szparagów była wystarczającym dobrem za przyjaźń. Ale za gotowość oddania ich, podzielenia się nimi? W to wierzę chętnie. Oczywiście idealnie byłoby, gdybyśmy za naszą jakość uzyskiwali przyjaźń. Ale nie jest tak pięknie. Na ogół trzeba kogoś czymś zachęcić. Jakiejś przynęty trzeba, żeby ta nasza jakość wydała się wystarczająca. Aby ktoś zwrócił uwagę, zechciał przyjrzeć się nam, zaryzykował związanie się z nami. W końcu – by mógł nas pokochać. Bo czy przyjaźń nie jest przecież rodzajem miłości? Tyle, że pozbawionej napięć erotycznych. Przyjaźń musi obejmować i uwzględniać całość naszej egzystencji. Nie tylko ducha, ale także egzystencję fizyczną. Musi dostrzegać wszystkie nasze uwarunkowania. I tu naturalne pojawia się pytanie: z jakich powodów potrzebujemy przyjaźni? Redukując rozmaite możliwości odpowiedzi, najkrócej można rzec – dla uniknięcia samotności… Dla pomniejszenia jej…

A.R.:W przyjaźni obecny jest także element losu, daru. Niezależnie bowiem od rodzaju, intensywności naszych marzeń, pragnień, od poczucia osamotnienia itp. – spełnienie, czyli spotkanie osoby przyjaciela, jest jednak darem...

L.D.: Marzymy o przyjaciołach. Chcielibyśmy mieć ich określonych… Tak jak to sami widzimy, lub kiedy czytamy o takich spełnieniach. Pragniemy więc, by to był ktoś z kręgu mego życia. Żebym mógł mieć dostęp do tego kogoś. I żeby była odpowiedź z jego strony. To są te pierwsze wyprawy. Takie rozpoznanie terytorium. Potem szło by o przycumowanie. O to, żeby zaistniała więź… odpowiedzialność, spostrzeganie się, wzajemne wyczuwanie się. Komunikacja wyrażana wprost, wyczuwalna, ujawniona. A to już jest bardziej zaawansowany etap porozumienia, czy nawet szczęścia. Wyższy poziom współ-bycia z powodów nadrzędnych, bardziej uduchowionych. Nie zapominajmy jednak, że nie jesteśmy zawieszeni w próżni. Nie mogą wypaść z gry konkrety, uwarunkowania „materialne”. Niechby to były i te szparagi.

Poprzez przyjaźń szukamy potwierdzenia własnej tożsamości – w kimś… Pragniemy wzmocnienia wiary, że i nasze wybory, mniemania, gusta nasze ów ktoś (w dodatku ów ktoś wybrany) przyjmuje. Ale przyjaźń to także umiejętność akceptowania odmienności, choćby w sprawach polityki, gustów, hobby. Może się ona zdarzyć ludziom pochodzącym z różnych kręgów kulturowych, społecznych i mimo różnic może między nimi zostać zbudowane porozumienie, łączność atrakcyjna. Głęboka i poważna dla obydwu stron. Tajemnica? To też w przyjaźni jest, może być obecne…

A.R.:Tak, o takiej przyjaźni możemy sobie myśleć, pomarzyć na pewno, ale pomimo wszystkich naszych zabiegów, może się nie udać?

L.D.: Jest pewien element niepewności, ryzyka. W miłości, może lepiej – w szerokiej przestrzeni miłości w grę wchodzi także element oczarowania, fizycznego napięcia. To jest jeszcze inna siła.

A.R.:Za Grekami wyróżnia się tutaj miłość erotyczną (eros) i przyjacielską (filia)...

L.D.: My też to wyczuwamy. Choć bywa, że te elementy nie są silnie rozłączone. Eros niesie ze sobą satysfakcję i fascynację, ale i niebezpieczeństwo. Tu więcej się rzuca na szalę. Ale i więcej się oczekuje. Łatwiej się tu „poobijać”. Można by więc powiedzieć, że przyjaźń jest pewnego rodzaju rezygnacją, albo unikiem? Bywa, że ewentualna, możliwa miłość zamienia się – pomińmy powody – w tzw. układ przyjacielski, raczej nie odbierany jako tzw. sukces… Ale i nie zapominajmy – nie w każdym spotkaniu chodzi o taką totalną łączność, włącznie z ciałem. Potrzebujemy muzyki granej nie na najwyższych, ale na niższych tonach, tej bardziej spolegliwej, delikatniej dotykającej.

A.R.:I na pewno – jeśli chodzi o nasze ludzkie relacje – o wiele trudniej o przyjaźń, niż o takie krótkie erotyczne zauroczenie...

L.D.: Cóż, niekiedy doświadczamy czegoś bardziej przelotnego. Ma to inny „zakres sygnałów”. Możemy się tym niemal zabawić sygnalizując zauroczenie, flirt. Natomiast „zabawić się w przyjaźń”? Bardzo ryzykowne założenie. W przyjaźni dotykamy czegoś bardzo poważnego i fundamentalnego. Większe tu ryzyko naruszenia, bądź zniszczenia czyjejś ciszy, spokoju, godności… W przyjaźni dopuszczamy drugą osobę do bardzo dalekich sfer. Do głębokiej intymności i głębi tożsamości. Trochę jak ślimak – zapraszamy do środka domku. Do nagiej prawdy – kim jestem naprawdę.

A.R.:Mimo tej głębi ducha, ciało w przyjaźni jest także ważne...

L.D.: Najzwyczajniej, ono jest niezbędne. Bo po prostu jest. Z całą swoją materialną ostentacją. Ale i z naturalną, lub niechby tylko i z „urobioną powściągliwością…”. Z dyskrecją swego bycia.

A.R.:Dziś ludzie nie zauważają się i nie mają czasu, żeby pozwolić innym zadomowić się. Swego czasu prof. Świda-Zięba przedstawiła wyniki badań, z których wynika niezbicie, że młodym ludziom coraz trudniej o przyjaźń, nie wierzą w nią.

L.D.: Tak to jest dziś spostrzegane. Choć z samą komunikacją, ileż dziś łatwiej? Z możliwością kontaktu, z „potrąceniem się”... Zmieniły się formy i łatwiej o zaczepki, a jednak wzrosła samotność, poczucie pozorności. W gruncie rzeczy – poczucie izolacji. A może już jesteśmy na etapie niektórych krajów zachodnich, które wypracowały (są tego świadome) społeczne formy bycia pozwalające „ płynniej funkcjonować”? Uśmiechamy się, nie potrącamy się, mniej się ranimy, nie wchodzimy z butami w cudzą prywatność itp., ale nie opuszcza nas świadomość dystansu. Świadomość, że znaleźliśmy się w teatrze planowanych form (tych uśmiechów, gestów), które pozwalają nam właśnie jedynie dobrze funkcjonować, a nie – być ze sobą. Tę różnicę wyraźnie zauważyłem jeszcze w latach 70., gdy byłem dłużej we Francji. Zapewne wynikało to z odrębności systemów politycznych, ale także z rozwoju społecznego. Z wyższego stopnia funkcjonowania jednostek w społeczeństwie, które jest kulturalne, uprzejme, ale w gruncie rzeczy wytwarza chłód i dystans. Jednak ludzie tęsknią za zrzuceniem tej formy. Za jakimś „pęknięciem” i przyznaniem się do współudziału w podobnych radościach i podobnych kłopotach… Przecież programowo nic innego nam się więcej nie zdarza. Wszyscy jakoś powielamy ten sam scenariusz. Podobnie istniejemy, pragniemy mniej więcej tych samych przeżyć, tych samych rzeczy .I wiemy, że to wszystko tak samo się skończy. Musimy to oddać i zostawić.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama