W obronie metafizyki

Więź 5-6/2011 Więź 5-6/2011

Literatura nie jest jedynie nośnikiem treści ideologicznych, lecz nieustannym zaproszeniem do kwestionowania tego, co nie-ludzkie (to znaczy oswojone, uprzedmiotowione, zideologizowane), do wyrywania się z automatyzmu codziennych reakcji, z determinant naszego życia. I dlatego właśnie książki nie muszą mówić o kwestiach społecznych, żeby być ważne

 

Obie te grupy wiąże sytuacyjny sojusz związany z niechęcią do przeciwstawnego obozu, w którym z kolei mieszają się konsekwentni konserwatyści oraz mniej lub bardziej świadomi zwolennicy wizji świata, którą można znaleźć w pismach Romana Dmowskiego. Ci stanowią obecnie elektorat przede wszystkim Prawa i Sprawiedliwości, a ich poglądy wyrażają media – w wersji masowej Radio Maryja oraz „Gazeta Polska”, w wersji wysublimowanej zaś pisma w rodzaju „Frondy” czy „44”, skądinąd nieporównanie bardziej wyrafinowane intelektualnie od swoich masowych odpowiedników.

Mówię o tym dlatego, że konflikt między tymi dwiema grupami, „lewicą” oraz „prawicą” (tych obiegowych nazw używam w znaczeniu potocznym), okazał się niezwykle skuteczny w organizowaniu rozmaitych płaszczyzn debaty publicznej i w rezultacie podporządkował temu podstawowemu podziałowi również życie literackie. Wystarczy wspomnieć, że najważniejsze nagrody kojarzone są jednoznacznie z jedną lub drugą stroną: „lewica” ma Nike, „prawica” ma Nagrodę im. Mackiewicza. Odmienne są kanony literatury polskiej obu stron: po jednej znajdziemy m.in. Czesława Miłosza i Witolda Gombrowicza, a Zbigniewa Herberta pomimo jego późnej publicystyki; po drugiej Józefa Mackiewicza i Henryka Sienkiewicza, zaś Zbigniewa Herberta z powodu jego późnej publicystyki. Obie strony mają też osobne listy ulubionych autorów współczesnych: „prawica” ceni więc np. powieści Bronisława Wildsteina i Rafała Ziemkiewicza, prozę Jarosława Marka Rymkiewicza i upomina się o Waldemara Łysiaka, „lewicowcy” zaś mają w zamian Dorotę Masłowską i Michała Witkowskiego, Olgę Tokarczuk i Jerzego Pilcha. Dla nich Wisława Szymborska jest autorką Kota w pustym mieszkaniu, przede wszystkim zaś Nienawiści; „prawica” chce rozmawiać jedynie o wczesnych wierszach Szymborskiej, niewznawianych od pół wieku, a zdradzających jej zaangażowanie w stalinizm.

Przy tych zasadniczych różnicach wydaje się, że obie strony łączy wszelako jedno: uznanie, że kryterium wartości współczesnego utworu literackiego stanowi skuteczne tworzenie „społecznej narracji”, podsuwającej odbiorcom siatkę pojęć, potrzebną do rozumienia procesów społecznych. W tej optyce – podzielanej, o dziwo, przez oba zwalczające się obozy – pisarze mają być „inżynierami ludzkich dusz”, wspierającymi naród i katolicyzm w walce z miazmatami Zachodu (wersja „prawicowa”, czyli tradycjonalistyczna) lub broniącymi ofiar dyskryminacji, za którą odpowiedzialne są Kościół oraz tradycyjna obyczajowość (wersja lewicowa).

Hetero wzmacnia konformizm

Przyjrzyjmy się bliżej stronie lewej, ma ona bowiem znacznie mniej prostoduszne (a ponadto teoretycznie sprecyzowane) założenia dla swojej wizji literatury, „jakiej Polacy potrzebują”. Zakłada się tutaj, że żadna wypowiedź o świecie nie pozostaje bez związku z warunkami społeczno-ekonomicznymi, które ukształtowały podmiot mówiący. W związku z tym, wywodzi się, nie jest możliwe ustanowienie relacji tekstu do obiektywnej Prawdy, ta bowiem nie istnieje lub stanowi odpowiednik niepoznawalnej „rzeczy samej w sobie”, a zatem zasadniczą kwestią w rozpatrywaniu znaczenia tekstu jest jego umieszczenie w siatce stosunków sił (Foucaultowska „mikrofizyka władzy”). Teksty kultury masowej są zatem, niezależnie od intencji autorów, umocnieniem „dyskursu dominującego”; „dyskursowi dominującemu” (lub też „narracji dominującej”) służą również wszelkie teksty niezaangażowane, „parnasistowskie” (bo, jak teksty pop-kultury, utrwalają postawy nawykowe), a też (z tego samego powodu) wszystkie utwory, odwołujące się do tradycyjnych form literackich, chyba że poddają je grze dekonstrukcji. Ta, nawet jeśli z pozoru rozgrywa się jedynie w ramach literatury, ma w tym kontekście wymowę jednoznacznie polityczną („obrazoburczą”, kontestatorską).

Szerzej patrząc, twierdzi się tutaj, że gdy tylko podejmujemy wszelką aktywność życiową, nie tylko pisarską, stajemy wobec ostrej alternatywy, bez możliwości znalezienia „trzeciej drogi”: albo współtworzymy społeczeństwo opresyjne (w wariantach tradycjonalistyczno-katolickim lub korporacyjno-liberalnym, jeden i drugi ufundowany na patriarchacie), albo stajemy się kontestatorami (w wariantach: feministycznym, lesbijsko-gejowskim, ekologicznym, proletariackim lub innym, przy czym możliwe są naturalnie ich kombinacje).

Dodajmy nawiasem: powyższy sposób myślenia jest tak przekonujący, że w gruncie rzeczy wniosek ów podchwyciła także część prawicowych komentatorów naszego życia, importując – i przekształcając à la polonaise – termin „rewolucja konserwatywna” i jedynie odwracając znaki przedstawionego rozpoznania: oto, według nich, narrację dominującą tworzy lewica, my możemy zaś być albo konformistycznymi uczestnikami społeczeństwa opresyjnego (lewicowo-liberalnego), albo nonkonformistycznymi tradycjonalistami.

Temu rozumowaniu nie sposób zarzucić niespójności, a jako polonista, którego świadomość zawodową ukształtowały teksty Althussera, Foucaulta, Sollersa i pierwsze polskie tłumaczenia Derridy, widzę jego porządne umocowanie w tradycji dwudziestowiecznej humanistyki. Niepokoją mnie jednak praktyczne następstwa tego sposobu myślenia.

Pierwsze w anegdotycznym skrócie oddaje historia, związana z życiem teatralnym, nie zaś literackim. Otóż na scenie Teatru Polskiego w Warszawie odbyła się niedawno premiera intrygującego przedstawienia zatytułowanego Polacy, w którym, w atrakcyjnej scenicznie wizji, zderzono fragmenty Zapisków więziennych kard. Stefana Wyszyńskiego i Dziennika Witolda Gombrowicza. Wydawało się, że wyniknie z tego poważna debata o polskości, cenionej jednako, lecz rozumianej całkowicie odmiennie przez spadkobierców ideowych obu bohaterów. Po premierze jednak na łamach wpływowej gazety codziennej ukazała się krytyczna recenzja, przeciwstawiająca temu spektaklowi, operującemu jakoby (zwróćmy uwagę na tę charakterystyczną obelgę) metafizycznym rozumieniem „ojczyzny” – spektakl z Wrocławia, którego twórcy (Paweł Demirski i Monika Strzępka) „zajęli się sprawą biurokratycznych absurdów, z jakimi zetknęli się… działacze Pierwszego Gejowskiego Fanklubu Polskiej Reprezentacji Narodowej w Piłce Nożnej”[1].

 



[1] Joanna Derkaczew, Kapłan i błazen czyli Polacy?, „Gazeta Wyborcza” 7.03.2011

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama