Aktor o swojej wierze

Jeśli człowiek potrafi kochać, nie żądając wzajemności – to jest wielkie szczęście i ogromna łaska. Czasami robi się coś dla drugiego człowieka z takim poczuciem dumy, że jest się w stanie mu pomóc – ale to jest za mało. Trzeba to czynić ze zwykłą ludzką miłością. Niedziela, 25 listopada 2007




– Jednakże wielkie teksty mogą stawać się drogą, po której dochodzi się do Największego Artysty. Żyć z Panem Bogiem na co dzień – to jednocześnie ulegać pokusie wyobraźni, która często dąży do personifikowania Boga. Chciałbym zapytać, czy Jerzy Zelnik wyobraża sobie Pana Boga?

– Ja głęboko wierzę w Trójcę Świętą i różnie sobie Pana Boga wyobrażam. Mnie się ta Trójca czasami rozdziela – może to jest naiwne, co teraz powiem – ale zwracam się do Ducha Świętego, do Chrystusa, do Ojca – a w rezultacie do Nich wszystkich. To jest kwestia ogromnej tajemnicy, którą trudno przełożyć na obraz. Mamy prawo nadawać postać Pana Boga, ale On nie został stworzony na nasze podobieństwo. Gdy próbuję zrozumieć Trójcę Świętą, to przychodzi mi na myśl św. Augustyn i jego przypadek o próbie przelewania morza do wykopanego małego dołka...

– Proces docierania do Tajemnicy to proces całego życia człowieka. Czy o takim kształtowaniu wiary, dochodzeniu do Pana Boga może Pan powiedzieć osobiście?

– Żyłem bez Pana Boga przez 23 lata: mnie On wtedy nie był potrzebny, nigdy nie zadawałem sobie zresztą tego pytania. Pamiętam z dzieciństwa, że w szkole, gdy inne dzieci się modliły, ogarniał mnie jakiś wielki smutek, że ja się z nimi nie modlę. Jako 8-latka dziwnie mnie bolało, że się nie umiem modlić z pamięci. Nie byłem wychowywany religijnie, wzrastałem w obojętności, ale jednocześnie w jakimś przeczuciu pewnego braku Kogoś i Czegoś w moim życiu. Moja mama też nie była wychowana w katolicyzmie, tak stopniowo dochodziliśmy do niego wszyscy. Głównie to moja żona podała mi rękę, a ja podawałem ją mojej rodzinie. Nie byliśmy ateistami, nie walczyliśmy z religią. Byliśmy humanistami, ludźmi, którzy chcą jak najlepiej służyć ludziom, i nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że służąc ludziom, realizujemy Dekalog, zbliżamy się do Chrystusa, do Pana Boga.

– A jak Pan Bóg dotarł do Jerzego Zelnika?

– Bardzo prosto! Dzięki mojej żonie, która nie wyobrażała sobie, że nasz związek mógłby nie mieć sankcji sakramentalnej, a ja miałem szczęście, że dzięki jednemu księdzu w Krakowie doznałem tej łaski. Miałem wtedy 24 lata i jest to jedna z ważniejszych dat w moim życiu – 31 sierpnia 1969 r. zostałem ochrzczony i nie wyobrażam sobie, żebym mógł od tamtej pory żyć samotnie. Bardzo cenię sobie samotność we dwoje: z Panem Bogiem, z kochaną osobą. Albo tylko z Panem Bogiem, lub aż z Panem Bogiem. I wtedy już jestem zawsze z Nim, z Kimś Wielkim, no i to jest chyba to. Trudno jest o tych sprawach mówić, bo często człowiek sam siebie nie rozumie. W ciągu tych kilkudziesięciu lat życia, jakie jest nam podarowane, jesteśmy w stanie wykonywać jakąś mozolną drogę po różnych wertepach – przedzierając się przez mrozy, upały, radości, nieszczęścia, wątpliwości, zachwiania – ku temu celowi. Trzeba dokonywać tego wysiłku codziennie, od rana do wieczora – myślę, że to jest najistotniejsze.


«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama