Mieć biodra przepasane, sandały na nogach i laskę w ręku

Niedziela 15/2014

O kryteriach wyboru biskupów, modelach współczesnego duszpasterstwa i priorytetach trzech ostatnich papieży z abp. Celestino Migliorem, nuncjuszem apostolskim w Polsce, rozmawia Bartłomiej Warowny, kleryk Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie

 

Bartłomiej Warowny: – Jak wygląda przeprowadzanie procesu informacyjnego odnośnie do kandydatów na biskupa i jaka jest różnica w przypadku biskupa diecezjalnego oraz biskupa pomocniczego?

Abp Celestino Migliore: – W naszym społeczeństwie, bardzo już zinformatyzowanym, najprostsze byłoby skorzystanie z programów używanych przez wyspecjalizowane agencje łowców talentów. Najpierw wprowadzono by do komputera dane dotyczące diecezji, którą trzeba obsadzić, oraz informacje na temat poszczególnych kapłanów i ich przygotowania czy doświadczenia duszpasterskiego, a potem pozwolono by już programowi na wskazanie najbardziej odpowiedniego kandydata.

Tak jednak zrobić nie można. Już w pierwszej tego typu nominacji, dokonanej przez Apostołów, Maciej został wybrany po modlitwie i poście, jako formie oddania pola do działania Duchowi Świętemu. To są istotne faktory tego typu decyzji, których nigdy nie może zabraknąć w procesie nominacji biskupiej.

Obecnie obowiązująca procedura określona jest przez „Normy o nominacjach biskupich w Kościele łacińskim”, wydane w 1972 r. i przejęte później przez Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r., ale w formie dość syntetycznej i ograniczonej do istotnych elementów (kan. 377-378; 364, 4).

Jeśli zachodzi potrzeba ustanowienia nowego pasterza dla jakieś diecezji, stosowna procedura przebiega w trzech fazach. Przede wszystkim należy ustalić listę potencjalnych kandydatów, zarówno przy pomocy poszczególnych biskupów, jak i podczas zebrań biskupów danej prowincji kościelnej. Potem następuje ogólna konsultacja na temat stanu diecezji mającej otrzymać nowego biskupa. Towarzyszy temu prośba o wskazanie ewentualnych kandydatów. Konsultacja jest dokonywana na piśmie i obejmuje ok. 70 osób z diecezji i metropolii. I w końcu, po ustaleniu kandydatów, którzy mogą być zaproponowani na dany urząd, przedstawiciele miejscowej wspólnoty kościelnej są proszeni, aby wyrazić ocenę – zgodną z własnym sumieniem i płynącą z osobistej znajomości kandydatów – ich zdolności i przydatności do pełnienia zadań biskupich; na temat każdego z kandydatów konsultowanych jest ok. 25 osób wybranych spośród biskupów, kapłanów, osób zakonnych i świeckich, dobrze znających danego kandydata.

Jeden z nuncjuszy, z którym kiedyś pracowałem, zwykł mówić o tej procedurze, odwołując się do bardzo sympatycznego obrazu. Przygotowywać nominację jakiegoś biskupa to jakby przygotowywać figurę jakiegoś świętego do umieszczenia jej w niszy kościelnej. Zanim artysta wyrzeźbi figurę, musi wymierzyć niszę w kościele. Musi się też jej dokładnie przyjrzeć, czy jest z marmuru, czy z gipsu, czy jest ozdobna, czy prosta, czy położona jest wysoko, czy nisko. Tylko w ten sposób będzie umiał odpowiedzieć na pytanie, jaka ma być i jak ma wyglądać figura, którą ma wyrzeźbić. W przypadku nominacji biskupiej niszą jest diecezja, a figurą – kandydat na nowego biskupa. Konsultacja wśród miejscowej wspólnoty kościelnej ma służyć dobremu opisaniu niszy. Potem osoby są proszone o wskazanie takich kandydatów, którzy dobrze pasowaliby do wcześniej opisanej niszy.

Procedura mianowania biskupa pomocniczego jest podobna, z tą różnicą, że trzech kandydatów („terno”) zazwyczaj proponowanych jest przez biskupa diecezjalnego, który prosi o pomoc w biskupim posługiwaniu.

– Pierścień biskupa, historycznie rzecz biorąc, został przejęty z rytuału małżeńskiego. Biskup jest „zaślubiony” Kościołowi partykularnemu, diecezji. Dlaczego w Polsce tak często biskupi diecezjalni „zostawiają” swoją Oblubienicę dla innej?

– Symbolika pierścienia jest bardzo piękna i bardzo odpowiednia w sensie eklezjologicznym; jest dobra i inspirująca. Zasada ta została też potwierdzona przez papieża Franciszka podczas swobodnej rozmowy z nuncjuszami apostolskimi w czerwcu 2013 r. „Niech pozostają zaślubieni jednemu Kościołowi, bez ciągłego szukania innej diecezji” – powiedział. Jednak nie jest to dogmat. Tym, co przeważa, jest dobro konkretnej diecezji czy archidiecezji, która jest do obsadzenia. Podczas czterech lat mojej posługi w Polsce na piętnaście obsadzonych w tym czasie diecezji – wliczając w to również ordynariat polowy – były tylko dwa przypadki, gdzie biskup został przeniesiony z diecezji do archidiecezji.

– Jakie cechy powinny charakteryzować dzisiejszych kandydatów na biskupa?

– Wskazał na nie mocą swojego urzędu papież Franciszek podczas wspomnianego już spotkania z nuncjuszami w ubiegłym roku. „W delikatnym zadaniu przeprowadzania procesów informacyjnych przed nominacjami biskupimi bądźcie szczególnie wyczuleni na to, aby kandydaci na pasterzy byli blisko ludzi. To jest pierwsze kryterium. Pasterze bliscy ludziom. Jest ktoś wielkim teologiem, ma dobrą głowę – niech idzie na uniwersytet, gdzie zrobi dużo dobrego! Pasterze! Bardzo ich potrzebujemy! I niech będą ojcami i braćmi; niech będą łagodni, cierpliwi i miłosierni; niech kochają ubóstwo, to wewnętrzne, będące wolnością w Panu, i to zewnętrzne, rozumiane jako prostota i skromność życia; niech nie mają mentalności książąt. Patrzcie, aby nie byli ambicjonalni, aby nie szukali biskupstwa. Mówi się, że bł. Jan Paweł II na jednym z pierwszych spotkań z prefektem Kongregacji Biskupów został zapytany o kryterium wyboru kandydatów do biskupstwa. Wtedy Papież odpowiedział swoim charakterystycznym głosem: «Pierwszym kryterium jest to: ’volentes nolumus’ – nie chcemy tych, którzy chcą». Ci, którzy szukają biskupstwa... nie, oni nie. Kandydaci muszą być zdolni strzec owczarni im powierzonej. To znaczy muszą być zdolni zachowywać ją w jedności, czuwać nad nią, bronić przed niebezpieczeństwami, które jej grożą, a przede wszystkim muszą umieć «chronić» owczarnię, budzić nadzieję, aby w jej sercach było słońce i światło, muszą wspomagać z miłością i cierpliwością plany, które Bóg objawia w swoim ludzie. (...) Z tego powodu pasterze niech będą w stanie iść na czele stada, aby pokazywać drogę; być pośrodku stada, aby zachowywać jedność; pozostawać na końcu stada, aby nie dozwolić, by ktoś się odłączył od stada: ono bowiem ma swoje – by tak powiedzieć – wyczucie i samo pójdzie dobrą drogą. Tak musi zachowywać się pasterz!”.

– Musimy nieustannie dbać o to, by pogłębiała się nasza wiara. W przypadku każdego Kościoła lokalnego istnieje zawsze realna możliwość, że podzieli on los Kościołów w Efezie i Hipponie. Jeśli nie będziemy nieustannie podejmować wysiłków, by pogłębiała się wiara ludzi, ryzykujemy, że podzielimy los Kościołów w Koryncie, Kolosach i Tesalonikach, które w ich początkach rozpalała żarliwość zrodzona pod wpływem płomiennych nauk św. Pawła, albo też los Kościołów w Afryce Północnej, które dały wielkich świętych, a potem pozostały po nich szczątkowe wspomnienia…

– Jest prawdą, że praktykowanie wiary, nadziei i miłości w Kościołach partykularnych przeżywa swoje wzloty i upadki. Sam Jezus to przewidział, gdy widząc wzajemne zawiści i spory wśród uczniów, powiedział im: „(...) oziębnie miłość wielu” (por. Mt 24, 12).

Rzeczywiście, już w pierwszych latach istnienia Kościoła autor Apokalipsy kazał napisać aniołowi Kościoła w Laodycei: „A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3, 16).

Ale też dodał: „Oto «stoję u drzwi i kołaczę»: jeśli ktoś «posłyszy mój głos i drzwi otworzy», wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3, 20). Gdy popatrzymy na losy Kościołów lokalnych, zauważymy, że niektóre z nich nieomal zanikły z przyczyn historyczno-kulturowych, gdyż były gnębione przez totalitarne systemy polityczno-społeczne czy kulturowe. W Europie, podobnie jak w innych częściach świata, reżimy komunistyczne nie zdołały jednak tego dokonać, jakkolwiek zauważalny jest spadek widoczności i znaczenia Kościoła, który wydaje się nieunikniony ze względu na zakorzenienie w kulturze, podobnie jak nieuniknione jest to, że tu i ówdzie zagnieżdża się w sercach ludzi i w strukturach Kościoła chęć władzy, jak to zdecydowanie podkreślił papież Benedykt XVI podczas swojej wizyty we Fryburgu, w Niemczech, w 2012 r. Albo też „światowość”, o której często mówi papież Franciszek. To są te silne głosy, które w dzisiejszych czasach „stoją u twoich drzwi i kołaczą”. Jeśli uczciwie popatrzymy wokół, będziemy mogli zobaczyć także różne znaki, potwierdzające, że wiele jednostek i wspólnot w Europie słucha tego głosu i otwiera drzwi. Zapowiedzi, oznaki, ożywcze i autentyczne impulsy pokazują nam, że dla chrześcijanina i dla Kościoła „zwycięstwem” jest nie pozostawanie na fali, a tym bardziej ujarzmianie tzw. nieprzyjaciół czy brylowanie w życiu publicznym, ale samokrytyczne spojrzenie i ciągłe nawracanie się w wymiarze indywidualnym i wspólnotowym.

– Co chcieli powiedzieć współczesnemu człowiekowi Jan Paweł II i Benedykt XVI, co chce powiedzieć dzisiaj papież Franciszek?

– Sądzę, że mogę tu odnieść się do obrazu trzech cnót teologalnych, choć oczywiście każde porównanie jest ułomne. Jan Paweł II był dla świata opoką wiary: „non praevalebunt” – nie przemogą. Benedykt XVI był światłem nadziei, która jest zawsze wrażliwa, łaskawa, dyskretna, ale głęboko działająca. Franciszek podkreśla miłość, kulturę spotkania, rewolucję miłosierdzia, które buduje przez zostawienie miejsca dla miłosiernego Boga oraz przez przekonywanie i świadectwo.

– Ksiądz Arcybiskup był na wielu placówkach dyplomatycznych Watykanu. Która z nich była najciekawsza, a która przyniosła Waszej Ekscelencji najwięcej satysfakcji?

– Trudno mi porównywać, bo dobro znajdowałem wszędzie. Przez 34 lata tej posługi pracowałem w ośmiu miejscach: w Luandzie, Waszyngtonie, Kairze, Warszawie, Strasburgu, Rzymie, Nowym Jorku i teraz znowu pracuję w Warszawie. W tego typu posłudze trzeba mieć duchowość Księgi Wyjścia: mieć biodra przepasane, sandały na nogach i laskę w ręku (por. Wj 12, 11). W życiu przedstawiciela papieskiego często tak właśnie jest: gdy już dobrze pozna lokalną rzeczywistość, osoby i sprawy urzędowe, gdy już ma dobrze dopasowaną grupę współpracowników, kompetentnych i przyjaznych, gdy wdrożył pewne programy i nawiązał przyjaźnie, musi pozostawić dane miejsce i zaczynać pracę na innym krańcu świata, aby tam zacząć wdrażać projekty, które potem inni będą kończyli, wytyczać drogi, którymi inni będą chadzali. W tym jest, oczywiście, pewne głębokie znaczenie, tym bardziej że taka sytuacja ciągle się powtarza. Nazwałbym to sztuką darmowości. Jestem już w ósmym miejscu i miałem niezliczone okazje do realizacji pięknych projektów, ale też do życia z zachowaniem dystansu i wolności w stosunku do mojej pracy, moich planów i moich przyjaźni. To pomaga w nabywaniu zmysłu darmowości, sztuki być może najtrudniejszej do nauczenia, która jednak pozwala odczuwać w pełni wewnętrzny pokój z sobą samym i z bliźnimi.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...