Ryzyko samotności

Dobra, budująca samotność nie powinna być samotnością zupełną, opierać się na poczuciu pustki czy niespełnienia ani na eksponowaniu siebie. Wręcz odwrotnie – wymaga pokory i zaangażowania, stanowi duchowe wyzwanie. Zeszyty Karmelitańskie, 4/2007



Destrukcja i wyzwanie


Pokazane wyżej w dużym uproszczeniu rodzaje tego zjawiska składają się jednak na jeden typ samotności, którą można by nazwać, przynajmniej na pewnym etapie, „dramatyczną”. Towarzyszą jej bowiem często: zgiełk myśli, napięcie emocjonalne, zmienność uczuć, czynności kompulsywne (tj. obsesyjnie powtarzane, np. porządkowanie czegoś, ciągłe sprawdzanie, powielanie tych samych słów czy gestów, tworzenie codziennych, sztywnych rytuałów) oraz różne nałogi „wynagradzające” poniesione koszty psychiczne, a czasem depresja, złość czy rozpacz. Człowiek samotny albo toczy walkę o wypełnienie jakiejś pustki, albo tej pustce ulega. Zwykle zresztą myli wtedy własną samotność z przedmiotem walki, utożsamiając uczucie pustki czy braku z samotnością, czasem nawet nazywając się w myślach „wybrakowanym”. To samotność destruktywna.

Strąceni w samotność mają jednak mimo wszystko, o czym już była mowa wyżej, wyjście, niezależnie od konkretnych życiowych decyzji – jest nim przekształcenie samotności w samodzielność (duchową, emocjonalną, intelektualną, zawodową itd.). Przejście od samotności destruktywnej do takiej, która może być postrzegana jako jedność z samym sobą, odbywa się właśnie tą drogą. Istnieją poza tym kapitalne przykłady „nauczycieli samotności” – zwykłych ludzi, którym udało się znaleźć sposób mentalnego, psychicznego czy fizycznego przekroczenia własnych ograniczeń, przekształcenia samotności, na miarę tego, co w danej sytuacji jest możliwe, w dar dla innych. Zagospodarowują oni – poprzez troskę o innych, modlitwę lub różnorakie działania – pustkę powstałą przez losowe przypadki, np. utratę bliskich, bycie odrzuconym czy chorobę.

Jeśli zgodzimy się z pierwotną tezą, że samotność jest podstawowym egzystencjalnym stanem – w końcu wszelkie decyzje, głębokie doznania, fizyczny ból czy wyrzuty sumienia dokonują się w samotności – to problem nie w tym, że samotność jest brakiem, lecz że ten stan jest dla nas z jakiegoś powodu bolesny. Inaczej mówiąc: jeżeli samotność boli, to jest to objaw zaburzonych relacji ze światem. Taka samotność jest chorobą relacji, a nie tylko właściwością „wybrakowanego” człowieka. Ktoś, kto czuje się przez dłuższy czas do głębi, rozpaczliwie samotny, traci potrzebę (bądź umiejętność) budowania nowych związków z otoczeniem, a przez to nie zauważa innych ludzi. Nie dostrzegając innych, sam staje się dla nich niezauważalny, „przezroczysty” lub po prostu zwyczajnie trudny w kontaktach. Tak jak istnieją choroby ciała, tak istnieją choroby przyjaźni, empatii, miłości, bądź troski – w relacjach małżeńskich, rodzicielskich, przyjacielskich, sąsiedzkich i in. Dobra, budująca samotność nie powinna być samotnością zupełną, opierającą się na poczuciu pustki, zasklepienia w sobie czy niespełnienia, ani na eksponowaniu siebie. Wręcz odwrotnie – wymaga pokory i zaangażowania, stanowi duchowe wyzwanie, jest podjęciem życiowego ryzyka.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama