Nowojorskie sny

W Nowym Jorku upalna i leniwa niedziela wyborcza skłania do innych refleksji: dlaczego przybywający tu Polacy wciąż często pozostają, nie wracają i dlaczego pojawiają się nowi, młodzi, zdolni, kreatywni, którzy błyskawicznie zakochują się w tym dusznym mieście? Znak, 2/2010



K. przyjechał do Miasta na początku lat dziewięćdziesiątych. Przypadkiem. Wymigiwał się od wojska, więc przeciągał studia do granic możliwości. I gdy po ośmiu latach przystąpił do obrony pracy magisterskiej, szczęśliwi rodzice kupili mu w prezencie bilet do Nowego Jorku. Poleciał zaraz po obronie. Nie miał pojęcia po co. Ot, kolejna przygoda. Gdy przybył do swojej „kwatery” gdzieś w okolicach Harlemu, znajomi powiedzieli mu: „Masz dwa dni na aklimatyzację, a potem szukamy ci roboty”. Zamurowało go, ale nie oponował. Robił różne dziwne rzeczy, z których dziś się śmieje. Po pół roku, gdy wiza traciła ważność, musiał podjąć decyzję. Wracać? Zostać? Zadzwonił do rodziców. „Twoi koledzy ze studiów nie mają pracy, ty też nie masz tutaj żadnej przyszłości” – usłyszał. Został. To był inny Nowy Jork niż dziś. K., przeżył wiele koszmarnych sytuacji, łącznie ze strzelaniną na klatce schodowej domu, w którym mieszkał, ale nigdy nie pomyślał o tym, żeby wracać.

Zalegalizował swój pobyt. Wysłał zgłoszenie na loterię wizową. „Znajomi przygotowywali pięćset, nawet tysiąc listów – ja tylko trzydzieści sześć”. Poszczęściło mu się. Znajomym raczej nie. Wszyscy już wyjechali. Dziś K. ma niezłą pracę, prawa wyborcze (amerykańskie) i nawet nie myśli o Polsce. „Do Polski – mówi – jeździmy coraz rzadziej, co najwyżej, aby się podleczyć”. Bo wychodzi taniej, wliczając koszty lotu, niż w Stanach Zjednoczonych. Ale K. jest ostrożniejszy od R. w swoich deklaracjach. Nie chce wracać do Polski, ale jak mówi: „nigdy nic nie wiadomo”. Owszem, brakuje im czasami lasu, gdzie mogliby pójść na grzyby, ale nie tęsknią. Mają miłe mieszkanie, dwa koty, imponującą kolekcję płyt, książki, komputery i pianino, na którym R. ćwiczy kilka godzin dziennie. To jest ich miasto, ich miejsce. Są młodzi, zdolni, głodni świata, wiedzy – pasują idealnie do współczesnego modelu nowojorczyka. Ale, jak sami mówią, życie potrafi płatać różne figle.

Od Atlantyku do Pacyfiku

Pani B. nie miała szczęścia. Bo choć mieszka w Stanach dwadzieścia lat, kupiła dom, samochód i płaci coroczny podatek od nieruchomości, to wciąż nie może zalegalizować swojego pobytu. Wiele razy wydawało się, że już jest blisko otrzymania zielonej karty, ale ostatecznie zawsze okazywało się, że gdzieś, ktoś czegoś nie dopilnował. „Kto?” – pytam, choć domyślam się odpowiedzi. „Prawnicy”, potwierdza. Widać, że jest już tym zmęczona.

Gdy przyjechała, nie zatrzymała się w Nowym Jorku – z lotniska od razu pojechała podmiejską koleją do niewielkiej miejscowości na Long Island. Była sama. W Polsce zostawiła dwoje dzieci. Zaczęła pracę na jednej z farm. „Wtedy Polacy pracowali głównie u rolników – wspomina – ja też tak zaczynałam”. Była młoda, przyjechała z małego miasta, które w obliczu nadchodzących zmian 1989 roku jawiło się jako miejsce bez perspektyw. Wreszcie zaczęła zarabiać porządne pieniądze. Wystarczało na życie dla niej i rodziny w Polsce. Po pół roku wybrała się na pierwszą wycieczkę po Stanach. Dziś chwali się, że zjechała niemal cały kraj, „od Atlantyku do Pacyfiku”. Kupiła dom, nauczyła się mówić po angielsku. Po tych dwudziestu latach jest zmęczona. Oswaja się z myślą, że wróci do Polski. Dom zostawi synowi i córce. Lubi Stany, ale nie jest ubezpieczona, a amerykański system zdrowotny jest bezwzględny. „Poza tym już mi się nie chce tak pracować jak kiedyś – śmieje się – a Ameryka to taki kraj, że jak tylko ktoś chce pracować, to na pewno coś sobie znajdzie, ale jak nie chce, to musi wracać tam, skąd przybył”. Widać jednak, że odwleka myśl o powrocie. Przez dwadzieścia lat świetnie dostosowała się do amerykańskich warunków życia. Lubi ten kraj za spokój, kulturę ludzi i to, że pozwala normalnie żyć. „Jeśli tylko przestrzega się reguł, jakie obowiązują w Stanach, to nic złego raczej się człowiekowi nie przydarzy”.

Starych drzew się nie przesadza

Z panem S. poznałem się na stacji metra Nassau. Czekałem na jedyną linię, która dociera na Greenpoint. Usiadł obok. Schludny, elegancki, po pięćdziesiątce. Z teczki wyciągnął mocno podniszczony numer „Polityki”. Zagadnąłem go. Lekko się speszył, ale grzecznie odpowiedział. Zaczęliśmy rozmowę. Pospieszną, urywaną, z przerwami na przesiadki na kolejne metro. Długo pozostawał nieufny. Wiadomo – Polak. Ja też Polak. To nie najlepsza rekomendacja w Mieście. Z jego wypowiedzi biła intelektualna równowaga i dystynkcja. W Polsce zajmował ważne stanowisko, był człowiekiem wykształconym, obytym. Po raz pierwszy przyleciał do Nowego Jorku wraz z żoną osiem lat wcześniej, turystycznie. Wrócili do Polski i zaczęli dumać. „Gdy zobaczyłem, ile się tutaj zarabia, to coś we mnie pękło”. Żona nauczycielka z irytująco nisko pensją po wielu latach ciężkiej pracy, on – ważna persona w pewnym przedsiębiorstwie zarabiający powyżej średniej krajowej, ale nie tyle, by nie żyć rozważnie.

Tymczasem syn, choć skończył studia i znalazł pracę, zarabiał tak niewiele, że rodzice musieli go wspomagać. Córka wciąż studiowała i potrzebowała finansowej pomocy. „Podjęliśmy decyzję – wspomina. – Wsiedliśmy w samolot i przylecieliśmy tutaj. I trwamy tak do dziś”. Co ich tak długo trzyma w tym mieście młodych? „Dopiero tutaj poczułem realną wartość mojej pracy – odpowiada pan S. – to, że może ona przynieść wymierne korzyści mnie i pracodawcy i że jeśli tylko uczciwie ją wykonuję, jest uczciwie wynagradzana”.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama