Dzieci pana z czarną teczką

Więź 2/2018

Strategie pokolenia transformacji były różne i w dużej mierze zależały od dostępnych możliwości. Żeby zrozumieć to pokolenie, a nie tylko jego część, trzeba przyjrzeć się bliżej tym, którzy nie chodzili do elitarnych szkół w wielkich miastach.

 

Do jednego z elitarnych warszawskich liceów na początku lat 90. ubiegłego wieku przyszedł gość w garniturze, z czarną teczką. Był to sekretarz stanu albo nawet jeden z ministrów. Zaproszono go na lekcję wychowawczą, żeby opowiedział o życiu w nowych czasach i o tym, co czeka nas po niedawnej transformacji ustrojowej. Uczniowie – pamiętający jeszcze akademie z okazji Dnia Zwycięstwa czy pierwszomajowe pochody – czekali z niecierpliwością na jego słowa: słowa autorytetu uosabiającego nowe perspektywy, nowe życie, nowy świat.

Minister (czy sekretarz) zajął swoje miejsce i zaczął od słów, które uczniowie zapamiętali do dzisiaj: „Myślicie, że w kapitalizmie to jest tak, że każdy ma pieniądze, garnitur i czarną teczkę? Nie, kochani, to jest zupełnie inaczej. W kapitalizmie jest tak, że jeden ma pieniądze i teczkę, a dziesięciu za nim tę teczkę nosi”. Gość napił się wody i odchrząknął, żeby teraz jego głos zabrzmiał jeszcze bardziej dobitnie. „I teraz wy – ciągnął – teraz wy musicie zrobić wszystko – wszystko! – żebyście nie wy nosili komuś teczkę, ale żeby to za wami tę teczkę noszono”.

Wyjść z własnej bańki społecznej

Zapewne u niejednego czytelnika, zwłaszcza młodego i pochodzącego z dużego miasta, może w pierwszej chwili obudzić się odruch zwątpienia: to takie rzeczy faktycznie opowiadano uczniom nieco ponad ćwierć wieku temu? Żyjemy w czasach, w których przynajmniej część elit intelektualnych zaczęła nagle opowiadać się przeciwko zbrutalizowanym i zdehumanizowanym stosunkom pracy, przeciwko zamykaniu i cięciu przestrzeni publicznej grodzonymi osiedlami, przeciwko niszczącym krajobraz wielkoformatowym reklamom. W czasach Wosiów, Fejferów, Springerów i Sroczyńskich. W czasach, w których wybitni ekonomiści – tacy jak Tomáš Sedláček – zaczynają otwarcie mówić, że wzrost gospodarczy nie jest jednoznaczny z dobrostanem człowieka, a momentami bywa z nim wręcz sprzeczny. Wreszcie w czasach, w których nie wierzymy już tak mocno jak jeszcze dwadzieścia kilka lat temu w „koniec historii”, a i sam Francis Fukuyama zaczął się wycofywać ze swoich tez i obudowywać je dodatkowymi warunkami.

Rzecz jednak w tym, że tak jak większość uczniów owego prestiżowego liceum uwierzyła niemal bez wahania w wizję świata i przesłanie proponowane przez gościa z teczką – tak i dzisiaj, gdy opowiadam tę historię ludziom spoza intelektualnego światka, z miejscowości oddalonych od Warszawy czy Krakowa, wielu z nich mówi: „Ten człowiek miał rację. Tak właśnie jest”. Mniej więcej połowa mówi to ze złością, duża część – ze smutną rezygnacją, a kilkoro – z satysfakcją.

Wielu intelektualistów nadal jednak nie potrafi zrozumieć, skąd odwrót Polaków (a może nie tylko ich) od idei wolnorynkowej, liberalnej, otwartej i europejskiej. Skąd pragnienie bezpieczeństwa przerastające nagle potrzebę wolności i rozwoju? Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, trzeba wyjść z własnej bańki społecznej i przyjrzeć się części pokolenia, które transformację ustrojową przeżyło w sposób szczególny – pokoleniu urodzonemu na przełomie lat 70. i 80., temu, którego przedstawicielka usłyszała na lekcji wychowawczej znaczące słowa ministra czy sekretarza. Ale przyjrzeć się nie tym, którzy chodzili do elitarnych szkół i faktycznie mieli szansę na to, by ktoś w przyszłości nosił za nimi teczkę, lecz tym, którzy wychowali się w Białogardzie, Braniewie czy Świebodzinie – i szansy takiej praktycznie nie mieli. Bo to oni, a nie elita, stanowią większość i to przede wszystkim oni – jako wyborcy – będą decydować o kształcie kraju.

Czy w ogóle można mówić o pokoleniu? Ta kategoria budzi duże wątpliwości. Badacze i praktycy (np. Jessica Kriegel) często twierdzą, że fałszywe jest przekonanie, jakoby wspólnie przeżywane wydarzenia i przemiany kultury wpływały na osobowość bardziej niż doświadczenie życiowe i okoliczności życia. Sam jestem dość sceptyczny wobec upraszczania rzeczywistości przez odgórne podziały na pokolenia – pamiętam ogromną popularność medialną terminu „pokolenie JP2” i jednoczesną pustkę treściową kryjącą się za tym nośnym sformułowaniem (które krytykowali m.in. Maria Rogaczewska i Sławomir Mandes, mówiąc o braku trwałych instytucji wytworzonych przez to rzekome pokolenie).

Niemniej istotnym wydarzeniom warto się przyjrzeć, bo – niezależnie od tego, czy w strukturze pokoleniowej, czy horyzontalnej, niezależnej od wieku – silnie wpływają one na życie ludzi. Wpływają jednak – i to może być kolejny argument dla przeciwników pojęcia „pokolenia” – w inny sposób. Nie tylko w zależności od wieku, ale także (a może przede wszystkim) w zależności od indywidualnej sytuacji: zasobności finansowej, miejsca zamieszkania, statusu na rynku pracy, osobistego kapitału społecznego i osobowości.

Mów mi Rockefeller

Dzisiejszych czterdziestolatków pochodzących z „Polski powiatowej” z czterdziestolatkami pochodzącymi z Warszawy łączy jedno: kształtował ich bardzo podobny przekaz kulturowy. Najpierw, za PRL, dwa programy telewizyjne, a potem – popkultura. Wcześniej jeszcze blokowana i filtrowana przez peerelowskie władze, z czasem stawała się coraz bardziej wszechogarniająca. Absolutnym apogeum były wczesne lata 90., kiedy to przekaz z Zachodu popłynął szerokim strumieniem.

Rzecz w tym, że przekaz kulturowy (a więc i popkulturowy) zawiera to, co kształtuje osobowość bodaj najbardziej: wzorce, ideały i wymagania wobec tego, jacy powinniśmy być. Dziecko na takie wzorce jest jeszcze obojętne i przejmuje je w większym stopniu z obserwacji rodziców; dorosły z kolei może mieć dystans wobec ideału promowanego przez media. Najbardziej wrażliwy na przekaz popkulturowy jest nastolatek – a kiedy upadał PRL i tworzyło się nasze państwo, pokolenie przełomu lat 70. i 80. miało właśnie kilkanaście lat. Dr Adriana Bartnik, socjolożka, prawniczka i politolożka z Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej, twierdzi nawet, że jest to najbardziej poranione polskie pokolenie oprócz tych, które doświadczyły koszmarów wojennych czy stalinowskich. „Trauma doświadczona w momencie wchodzenia w dorosłe życie może być najtrudniejsza do uchwycenia i uświadomienia” – mówi Bartnik.

Jaki przekaz trafiał do ówczesnego kilkunastolatka lub kilkunastolatki z Warszawy: Weroniki czy Wojtka i do ich rówieśników, Bartka czy Beaty z Białogardu lub okolic (tereny popegeerowskie, stopa bezrobocia w powiecie dziś wynosi niemal 19%, a w 2004 r. było to niemal 40%)? Przede wszystkim: „kupuj!”. Można było odczytać go z telewizyjnych reklam zabawek, nachalnie odtwarzanych przed dobranocką („He-Man, nowy wymiar firmy Mattel!”, „Transformers – to ukryta moc”), z czasopism, z witryn, nagle, niemal z dnia na dzień, wypełnionych wszelkimi dobrami.

Drugi silny przekaz brzmiał: „Jeśli jesteś cokolwiek wart/warta – będziesz umiał/umiała zrobić biznes” (lub w powtarzanej do znudzenia wersji: „Pierwszy milion trzeba ukraść, drugi możesz zarobić sam”). I Wojtek w Warszawie, i Bartek na wsi popegeerowskiej oglądali film Mów mi Rockefeller Waldemara Szarka, w którym dwójka dzieci od zera (pozornie) dochodzi w krótkim czasie do ogromnych pieniędzy. A więc i dzieci z Warszawy, i te z Białogardu lub okolic chcą być takie jak bohaterowie filmu: pragną kupować i zarabiać.

Jednak w tym miejscu ich losy – dotąd być może w jakimś stopniu zbliżone przez peerelowską podstawówkę, w obu przypadkach jeszcze publiczną – znacząco się rozchodzą. Wczesne dzieciństwo przeżyły być może w najbardziej szarych czasach, jakie można sobie wyobrazić, jednak – tak jak potrafią dzieci – kleiły sobie z różnych elementów tego życia magiczną krainę. Ale i ona, w dużej mierze iluzoryczna, rozbiła się po 1989 r. Przy czym o ile Weronika z wielkiego miasta otrzymała w tym momencie przynajmniej materialne wsparcie, to Beata z prowincji już niekoniecznie.

Elżbieta Tarkowska, chyba najbardziej zasłużona badaczka popegeerowskiej biedy, już w 2000 r. pisała: „Znaczna część byłych pracowników pozostaje bez pracy, często jest to już bezrobocie chroniczne. Ci, którzy znaleźli zatrudnienie oficjalne lub w ramach szarej strefy, często muszą zadowolić się nisko płatną pracą”. Tarkowska mówi nawet o „świecie bez pracy”. Jest rok 1993, Bartek i Beata oglądają codziennie bezrobotnych rodziców, których zakład czy PGR zamknięto, i w tym najtrudniejszym i najwrażliwszym momencie, w chwili, kiedy decydują o swojej przyszłości, kończąc ówczesną podstawówkę lub zaczynając szkołę średnią, nie mogą liczyć na ich wsparcie – tym rodzicom świat zawalił się całkowicie w ciągu ostatnich kilku lat i muszą związać koniec z końcem.

Media i elity wyśmiewają się z nich, kabaret Olgi Lipińskiej wykonuje przyśpiewkę o zazdrosnych nieudacznikach, których zakład „zszedł na psy”, więc chcieliby „zabrać bogatym” i wziąć sobie. Jeśli nawet sytuacja nie jest tak tragiczna, to i tak w głowie pozostaje obraz młodych „Rockefellerów”, jeżdżących do szkoły limuzyną z kierowcą, czy dużo bardziej realny obraz oryginalnych adidasów kolegi z klasy. W „Bravie” i „Popcornie” co tydzień Beata widzi uśmiechniętą młodzież z Zachodu, bawiącą się na koncertach największych gwiazd, w telewizyjnych programach słyszy, że trzeba ciężej pracować, więcej się starać, być bardziej kreatywną i przedsiębiorczą.

A jaka była codzienność? Pisze Tarkowska: „Szczególnie obciążona obowiązkami domowymi, opieką nad młodszym rodzeństwem jest również najstarsza córka w wielodzietnej rodzinie, która z racji tradycyjnego podziału ról («Ja byłam jedna, a reszta to chłopcy, to ja musiałam robić») przejmuje po matce obowiązki opiekuńcze wobec młodszego rodzeństwa”.

Od osiemnastu lat na czarno

W tej sytuacji silnego napięcia, sprzecznych wymagań, przepaści między ambicjami (własnymi czy wpojonymi) a możliwościami trzeba sobie jakoś radzić. Strategie pokolenia transformacji były różne i też w dużej mierze zależały od możliwości. W najgorszym przypadku było to wycofanie się po wielu porażkach z aktywności i bezrobocie pokoleniowe, przejęte od rodziców, często znajdujące się w śmiertelnej dialektyce z nałogami (piję, bo nie mam pracy; nie mam pracy, bo piję).

Taka sytuacja najczęściej zdarzała się, jeśli Bartek czy Beata z okolic Białogardu mogli skończyć jedynie szkołę podstawową (a osoby z wykształceniem podstawowym stanowią około ⅓ dorosłej populacji). Jeśli skończyli szkołę średnią (zawodową lub ogólnokształcącą), najczęściej trafiali na rynek pracy w pierwszych latach XX w., w okresie największego bezrobocia, więc jeśli udało im się przetrwać do 2004 r., masowo wyjeżdżali do Anglii lub Irlandii po otworzeniu nowych rynków pracy. Ci, którzy mieli możliwość pójść na studia, szybko zauważyli, że (wbrew temu, co twierdzi Tarkowska, jakoby wykształcenie zabezpieczało przed biedą) to też nie rozwiązuje ich problemów. Część znalazła pracę tymczasową lub niskopłatną; ci, którzy nie dostali mieszkań od rodziców czy po dziadkach, musieli poradzić sobie z lawinowym wzrostem cen nieruchomości. Część spłaca kredyty hipoteczne, inni nawet ich nie dostali.

Rozmawiam z Andrzejem, organistą w jednej z parafii w województwie lubuskim. Andrzej jest kawalerem, mieszka z matką, choć przekroczył już czterdziestkę. Pochodzi z biednej, rolniczej rodziny. Historia typowo pegeerowska, z jedną różnicą – udało mu się wyjechać do stolicy na uczelnię. Jest z wykształcenia teologiem. Pracę magisterską pisał o św. Anzelmie. Miał nadzieję na pracę intelektualną. Kiedy szedł na studia, jeszcze nie przebrzmiała euforia roku 1989. Wokół słyszał prognozy, że podobno kończy się już czas zawodów „twardych”, „inżynierskich”, że filozofowie, teologowie i kulturoznawcy odnajdą się doskonale na rynku pracy. Wierzył w racjonalność Zachodu, który właśnie otworzył przed nami drzwi, w możliwość uporządkowania życia i prowadzenia go w godny sposób.

– Pracy nie było, mimo że wysyłałem dziesiątki CV do różnych firm. Kiedy skończył się akademik, mieszkałem przez pewien czas w Warszawie u kuzynostwa, które chodziło na kursy programowania neurolingwistycznego i metody Silvy – wspomina Andrzej. – Po jednym z takich kursów kuzyn powiedział, że mam wracać do siebie, że nie mogą sobie pozwolić na utrzymywanie darmozjada.

Po powrocie do rodzinnej miejscowości Andrzej poszedł na rozmowę z dalekim krewnym, bardzo dobrze „ustawionym” i „podwiązanym pod właściwe osoby” radnym gminy. Na spotkanie umówiła go matka. Pierwsze pytanie, jakie zadał tamten, dotyczyło poglądów Andrzeja na aktualną sytuację polityczną. Ten z entuzjazmem zaczął opowiadać, powołując się na Schumana, Hammarskjölda, niemiecką chadecję. Lokalny kacyk długo nie mógł przestać się śmiać. „No, będzie trudno, ale jak coś znajdę, to zadzwonię”.

– Zadzwonił dopiero piętnaście lat później, kiedy jemu zawaliło się życie – mówi Andrzej. – Oczywiście nie z propozycją pracy, ale z prośbą o kontakt do mojego brata, który założył firmę w Gdańsku i ma teraz sporo pieniędzy.

Brat skądinąd też nie pomógł Andrzejowi, bo zatrudnia tylko ludzi z doświadczeniem w zawodzie. – Mówi, że nie może przecież ryzykować utraty klientów. Ja go rozumiem – tłumaczy brata Andrzej. Od osiemnastu lat pracuje w parafii na czarno. Nieraz musi zastępować zakrystianina, który ma problem z alkoholem. – Jak się postawię proboszczowi, to od razu stracę robotę – mówi. – A przecież nie mam doświadczenia, z roku na rok ta przerwa w normalnej pracy się wydłuża. Tylko od czasu do czasu zdarza mi się napisać tekst, ale czasopisma, które są zainteresowane publikacją, najczęściej nie płacą. Kiedy studiowałem, to były czasy, w których w redakcjach pracowało się na etacie, można było się z takiego niszowego pisania utrzymać.

Najbardziej depresyjne pokolenie we Wspólnocie

Trzy lata temu w „Tygodniku Powszechnym” Paulina Wilk stanowczo zaprotestowała przeciwko pesymistycznemu obrazowi, który już wtedy zaczął być kreślony przez media. „Tych młodych – podobno okradzionych z przyszłości, zagubionych i pozbawionych szans – odmienia się przez wszystkie przypadki” – dziwiła się Wilk. „W tak pozorowanej dyskusji dobro młodych jest traktowane instrumentalnie, rodzi się fałszywy obraz kolejnej «straconej generacji». Niebezpieczny, bo kształtujący jej tożsamość. [...] Trudno też o bardziej nieprawdziwy przekaz o polskich realiach”.

Być może jest to obraz faktycznie niebezpieczny, przynajmniej dla tworzonego przecież z wysiłkiem ładu społecznego. Pytanie, czy jest nieprawdziwy. Setki historii ludzi opisywanych przez Tarkowską czy Annę Gizę-Poleszczuk wskazują na to, że jest on jednak bliski prawdy, wystarczy wyjechać z dużej miejscowości i rozejrzeć się wokół siebie. Badania cytowanej wcześniej Adriany Bartnik wskazują, że to 40-latkowie są najczęściej ofiarami mobbingu, że jeśli wymaga się od nich w pracy zbyt dużo, to mimo początkowych protestów starają się to wykonać. Bartosz Łoza, który m.in. kierował Kliniką Psychiatrii WUM, mówi: „To pokolenie, które przechodziło z PRL-u do wolnej Polski, wstępowało do Unii i chciało być cały czas do przodu, jest – jak pokazują współczesne badania UE – samotne, smutne i zmęczone. Porównawczo jest najbardziej depresyjnym pokoleniem we Wspólnocie”. Pod względem liczby samobójstw Polacy są w niechlubnej czołówce Europy. Gorzka diagnoza nie wzięła się więc znikąd.

Oczywiście odwieczne pytanie brzmi, czy można było przeprowadzić tę transformację inaczej. Całościowa ocena wymaga ogromnej, interdyscyplinarnej pracy badawczej, ale wydarzenia polityczne ostatnich lat wskazują, że przeoczono ewidentne deficyty. Anna Giza-Poleszczuk mówi o „deficycie troski” – zamiast niej pojawiło się spojrzenie na człowieka z perspektywy oczekiwań. Paulina Wilk we wspomnianym artykule w „TP” twierdzi, że elity nie mówiły pokoleniu transformacji: „Nic wam się nie uda, bo świat nie ma dla was miejsca”, lecz: „Pracujcie, przyjcie do przodu, walczcie o siebie”. Problem w tym, że, niczym pan minister z czarną teczką, mówiły – wprost lub między wierszami – jedno i drugie jednocześnie. •

Jarema Piekutowski – ur. 1978. Socjolog, członek zespołu i główny ekspert ds. społecznych thinkzine’u „Nowa Konfederacja”. Kierownik projektów badawczych, społecznych i kulturalnych. Właściciel firmy Liber, wspólnik przedsiębiorstwa społecznego CRSG sp. z o.o., współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, PSDB i innych firm badawczych. Członek Zespołu Laboratorium „Więzi”. Autor fabularyzowanej biografii Gilberta Keitha Chestertona G. K. Chesterton. Geniusz ortodoksji. Pochodzi ze Szczecina.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...