Młodzi „uwięzieni”

Więź 11-12/2012 Więź 11-12/2012

Bezdroża (nie)zależności na drodze do dorosłości

 

Rodzina – odspołeczniona czy odkryta na nowo

Jest pewna ironia w tym, że gdy współcześni socjologowie (np. Ulrich Beck czy Anthony Giddens) ogłaszają „odspołecznienie rodziny” i jej zredukowanie do diad, czyli relacji pomiędzy dwojgiem dorosłych lub dorosłym a dzieckiem, politycy próbują korzystać ze społecznego charakterze rodziny: jej podmiotowości, budowanej na wspólnocie, na naturalnych, nawykowych i afirmatywnych podstawach. Dzięki rodzinie międzyosobowe powiązania nie są z definicji czasowe, przejściowe, a troska o drugiego człowieka nie stanowi wystandaryzowanych  czynności, tylko  emocjonalne  wsparcie potrzebującego bez określenia końca jego trwania.

W politycznych strategiach i manifestach dostrzeżono, że rodzina „produkuje” społeczne bezpieczeństwo (choć niekiedy, np. w sytuacji agresji ze strony jednego członka w stosunku do drugiego, zaniedbań wobec chorych, dzieci i osób starszych, może zagrażać bezpieczeństwu niektórych osób. A jednak ramy instytucjonalne, ramy polityki społecznej uprawdopodabniają praktykowanie indywidualizmu i odejście od zachowań wspólnotowych, np. przez wprowadzenie przymusu długoterminowego zindywidualizowanego oszczędzania na starość czy koncentracji na pracy i kształceniu kosztem aktywności rodzinnych i społecznych. Praktyczne rozwiązania odpowiadają ustaleniom socjologów, ale są przeciwne postulatom z politycznych deklaracji.

Czasy kryzysu, których ofiarą mogą stać się  – i często się stają – młodzi ludzie, uwypuklają słabość istniejących narzędzi polityki społecznej, rozwiązań przygotowujących młodych do dorosłości: systemu edukacji, doszkalania, pośrednictwa pracy. Wskazują również na zawodność – podejmowanych przez jednostki – dotychczasowych strategii zaradczych, takich jak: wydłużanie czasu edukacji i jej różnicowanie ze względu na kierunek kształcenia, podejmowanie migracji i prób stabilizacji poza granicami kraju. Przywieziony z kraju przyjmującego migranta zarobkowego kapitał materialny i kulturowy nie gwarantuje bowiem zakorzenienia w ojczyźnie. Migranci mogą, ale nie muszą stać się „agentami zmian” po powrocie do kraju. I często nimi nie są.

Instytucją znoszącą lub minimalizującą napór ponowoczesności i konsekwencje globalizacji, w tym kryzysu ekonomicznego, jest rodzina. Tylko że jest nią tu i teraz – jako byt realny. Za kilka lat, gdy nowe pokolenie będzie chciało zakładać własne rodziny (o ile to zrobi) – nie wiemy, czy rodzina będzie w stanie podjąć funkcję bufora społecznych przeobrażeń. Odpowiedź udzielana na pytanie o właściwości socjalizacji rodzinnej, której codziennie doświadczają obecne dzieci, jest kluczowa. Czy dzieci nieobecnych rodziców (długo pracujących w korporacjach lub wyjeżdżających do pracy) odnajdą się w rolach rodzinnych? Czy wezwania do troski o krewnych – podejmowanej nie wyłącznie ze względu na znaczenie krwi i pokrewieństwa, czyli ze względu na rolę, ale jako wybór, jako indywidualna decyzja, wyrastająca ze wzajemności relacji – spotkają się z pozytywną reakcją? Zwiększającemu się potencjalnie polu dobrowolności aktów wsparcia nie towarzyszy przecież zwrot ku ich instytucjonalnemu podtrzymaniu.

„Przeładowane gniazdo” jest symbolem teraźniejszości, w którym ratuje się szacunek do jednostki, dając albo pozory niezależności (możliwość pracy w elastycznych formach i podejmowania niskopłatnych zajęć), albo podtrzymuje szacunek do siebie poprzez  misterne strategie wydłużania edukacji i kształcenia nowych umiejętności  – często na koszt rodziców.

Co nas czeka?

Artykuł ten pisałam z pozycji obserwatora i badacza, komentatora życia społecznego. Literatura teoretyczna przedmiotu, empiryczne dane zebrane przez ekspertów oraz moje własne doświadczenia badawcze pozwoliły mi postawić prezentowane wcześniej tezy. Ale na moje myślenie rzutuje również rola matki, która ­– patrząc na wzrastanie własnego dziecka – stawia pytanie o jego przyszłość; o rolę, jaka mu przypadnie do odegrania w życiu społecznym.

Nie oznacza to, że moja wypowiedź – zapośredniczona  przez  osobiste doświadczenie  – staje się mniej wiarygodna. Już Max Weber, klasyk socjologii, twierdził, że do rzeczywistości nieustannie odnosimy wartości, które stają się swoistym kryterium selekcji. Wybór przedmiotu naszych dociekań jest zawsze wyborem ze względu na interesujące nas wartości, a te mogą być zmienne, nowe czasy przynoszą bowiem nowe wartości. Mój wybór tematu odsłania wartości, które podzielam, ale i ujawnia wartości jeszcze żywe – choćby już tylko w dyskursie – w naszej kulturze.

Podzielam przekonanie Webera, że przedmiotem socjologii jest nie tyle katalogowanie ludzkich zachowań, ile zrozumienie społecznych działań, czyli takich zachowań, które odniesione są do innych, a którym jednocześnie nadajemy subiektywny sens. Działania można logicznie wyjaśnić i wskazać na ich racjonalność: ze względu na cel, na wartość, tradycje i emocje (tzw. działania afektualne). Dlatego nie uchylam racjonalności migracji zarobkowych osób młodych ani ich długich ścieżek kształcenia, choć dostrzegam niską skuteczność młodych w osiąganiu niezależności we współczesnym świecie; w świecie, którego cechą nie jest trwałość (czegokolwiek). Charakteryzuje go bowiem – używając terminologii Zygmunta Baumana – płynność.

A może do zmienności i niestabilności warunków życia powinniśmy się przyzwyczaić? Tylko jakie wówczas powinny być reguły szanowania siebie i innego? I dlaczego wciąż odnosimy to pytanie do niezależności dochodowej, skoro dla większości z nas jej osiągnięcie rodzi konieczność właśnie uzależnienia się (tyle że od kapryśnych zasad rynku pracy), potępiając jednocześnie tych, którzy – nie zawsze ze swojej winy – zależni są od stabilnej biurokracji państwa opiekuńczego?

W dobie kryzysu namysł nad instytucjonalnym uwięzieniem młodości i wzmocnieniem zależności w okresie wczesnej dorosłości wyrasta z niepokoju o dziecko, z niepokoju związanego z nieznanym. Zdaję sobie sprawę, że prognozowanie przyszłości, również w nauce, jest zawodne. Bo przyszłość powstaje ze zderzenia tego, co strukturalne (tendencji) z tym, co przypadkowe (a zatem nie do przewidzenia). Nie wiem zatem, jaka będzie przyszłość mojego dziecka i czy społeczeństwo obdarzy je szacunkiem, gdy nieumiejętnie zainwestuje swoje lata nauki lub też będzie miało niski potencjał adaptowalności do zmian. Czy zaakceptuje jego zależność w sytuacji, gdy o samodzielność będzie bardzo trudno albo przypadnie ona tylko elitarnej grupie? Nie wiem również, czy szukając kruchych podstaw szacunku dla siebie i uciekając przez zależnością rodzinną lub instytucjonalną, nie wyjedzie z kraju. Jeśli tak zrobi – pozostanie mi liczyć, że zechce zostać moim opiekunem na odległość, choć wiem, że z tą formą opieki wiążą się ogromne trudności, zwielokrotnione przez dystans geograficzny (odległość) i fizyczny (nieobecność), co przemienia więzi w serie incydentalnych kontaktów.

Mam jednak nadzieję, że moje dziecko kiedyś założy własną rodzinę, dla której ono i która dla niego będzie źródłem oraz oparciem w podtrzymywaniu szacunku do samego siebie.     

Mariola Racław - dr socjologii, adiunkt w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Prowadzi zajęcia m.in. z zakresu demografii społecznej i polityki społecznej, w tym polityki rodzinnej. Współpracowała z Instytutem Spraw Publicznych, gdzie kierowała i uczestniczyła w badaniach z zakresu polityki społecznej (w tym: decentralizacja polityki społecznej, opieka zastępcza, osoby starsze). Główne jej obszary badawcze to: socjologia ludności, lokalna polityka społeczna, system pomocy społecznej. Mieszka w Warszawie.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama