Oto droga, którą winni podążać chrześcijanie Europy

Niedziela 12/2016

W związku z 1050. rocznicą Chrztu Polski – o wyzwalającej mocy chrześcijaństwa, początkach państwa polskiego u źródeł chrzcielnych i obronie korzeni chrześcijańskich w dzisiejszej Europie – z abp. Stanisławem Gądeckim, przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, rozmawia Lidia Dudkiewicz

 

LIDIA DUDKIEWICZ: – Rodzice i chrzestni proszący o chrzest dla dziecka przyjmują pewne zobowiązania odnoszące się do zagadnienia wiary. Czy w odniesieniu do chrztu Mieszka I możemy, jako państwo, wyartykułować analogiczne obowiązki?

ABP STANISŁAW GĄDECKI: – Trzeba zacząć od tego, że warunkiem udzielenia chrztu dziecku jest zapewnienie ze strony rodziców i chrzestnych, że pomogą temu dziecku wzrastać w wierze i tę wiarę rozwijać. W czasie liturgii chrzcielnej podejmują oni takie zobowiązanie. Natomiast gdy mamy do czynienia z chrztem człowieka dorosłego, to najpierw on sam musi chcieć przyjąć prawdy wiary, które poznaje w czasie tzw. katechumenatu. Na tej drodze mogą towarzyszyć mu katechiści, czyli głosiciele Ewangelii, ale ich rola i odpowiedzialność za przyjmującego chrzest jest nieco inna.

W przypadku Mieszka – najpierw on sam musiał podjąć decyzję o przyjęciu chrztu i poznać prawdy przyjmowanej wiary. Akt ten miał, oczywiście, znaczenie dla tworzącego się wówczas państwa, był bowiem wyborem wartości, na których Mieszko chciał budować ład na podległych mu ziemiach. Sam jego chrzest był oczywiście wskazówką i przykładem dla jego poddanych. Jako chrześcijański władca brał też na siebie odpowiedzialność za organizację i realizację misji Kościoła na swoich ziemiach. Była to zatem rola nieco inna niż rola rodziców i chrzestnych w odniesieniu do chrzczonego dziecka.

– Przyjęcie chrześcijaństwa w każdym przypadku wiązało się z cywilizowaniem lokalnej społeczności. Jak w przypadku Polski wygląda bilans zysków i ewentualnych strat związanych z przejściem naszego kraju do cywilizacji zachodniej?

– Rozumiem, że pyta Pani o ważny aspekt cywilizacyjny związany z przyjęciem chrześcijaństwa przez księcia Mieszka I. Trzeba jednak pamiętać, że przyjęcie chrztu to przede wszystkim włączenie w mistyczne Ciało Chrystusa, czyli Kościół, i otwarcie na nadzieję życia wiecznego. Największym zyskiem ochrzczonego – korzystając z tej merkantylnej terminologii – jest zbawienie.

To, że przyjęcie prawd wiary chrześcijańskiej niosło ze sobą również pewien potencjał cywilizacyjny, świadczy o tym, że prawdy te odpowiadają prawom otaczającego nas świata i dobrze „działają” w tym świecie. Nie powinno to dziwić, jeśli bowiem świat stworzony wyszedł z ręki Stwórcy, to zasady przez Niego objawione są częścią tego świata. Zatem aspekt cywilizacyjny, o który Pani pyta, jest drugorzędny, ale ważny, bo świadczy o Stwórcy.

Trudno w tym przypadku mówić o „bilansie zysków i strat”, ponieważ nie ma tu koniecznej w takim wypadku symetrii. To trochę tak, jakby zapytać, co stracił analfabeta, gdy posiadł sztukę czytania i pisania. Przed przyjęciem chrztu przez Mieszka po prostu nas nie było. Były pewne plemiona słowiańskie, o których niewiele wiemy, ponieważ nie istniała kultura piśmienna. Ludzie ci mieli swoje wierzenia i zwyczaje, które nie wystarczały do tego, by oprzeć na nich organizację nowoczesnego jak na tamte czasy państwa. Dopiero odniesienie do wartości chrześcijańskich okazało się trwałym fundamentem nowego państwa Mieszka, określającym jego tożsamość. Bez przyjęcia chrześcijaństwa plemiona zamieszkujące ziemię Polan najprawdopodobniej zostałyby zdominowane, jak to często bywało, przez silniejszych sąsiadów.

– Chrzest Mieszka I oznaczał pojawienie się chrześcijańskich duchownych na ziemiach polskich. Co możemy powiedzieć o wiekach obecności hierarchicznego Kościoła na naszych ziemiach? Jakie korzyści wynikały z tego faktu?

– Obecność chrześcijańskich misjonarzy na ziemiach Polan daleko poprzedza moment chrztu Mieszka. Potwierdzeniem tego jest choćby nadproże drewniane, łączące palatium poznańskie z „kaplicą Dąbrówki”, pochodzące – według badań dendrologicznych – z drewna ściętego ok. 940 r. po Chr. Trzeba też zwrócić uwagę na dwa aspekty zjawiska, o które Pani pyta. Po pierwsze – przybycie chrześcijańskich duchownych oznaczało głoszenie Ewangelii i w konsekwencji udzielanie sakramentów świętych, począwszy oczywiście od sakramentu chrztu św. Było więc objawieniem się Bożego Miłosierdzia. Po drugie – jak wspomniałem – chrześcijaństwo odgrywało wówczas wielką rolę kulturotwórczą. Wymagało ono od swoich duchownych umiejętności czytania i pisania. To z kolei pociągało za sobą konieczność zakładania szkół przy klasztorach i siedzibach biskupich. Trzeba pamiętać, że gdy książę Mieszko przyjmował chrzest, Kościół liczył już prawie tysiąc lat, a więc jego dorobek na tym polu (uwzględniając nawet trudny czas wczesnego średniowiecza) był już dosyć spory. A zatem pojawienie się w państwie Mieszka chrześcijańskich duchownych oznaczało znaczący skok cywilizacyjny. Fakt ten był niejako wszczepieniem tworzącego się państwa do europejskiego krwiobiegu, co zapewniło ożywczy dopływ twórczych energii.

– Chrzest Mieszka I oznaczał początki państwa i Kościoła między Odrą i Wisłą. Jak ocenić symbiozę tych dwóch porządków na przestrzeni wieków?

– Najpierw trzeba zaznaczyć, że gdy mówimy o jakiejkolwiek cywilizacji, to zawsze będą tam występowały dwa porządki: jeden dotyczący sfery duchowej – czyli system wierzeń określających pewne aksjomaty, na których opiera się ten drugi porządek, czyli sama organizacja życia społecznego. Nie da się zbudować żadnego organizmu społecznego, a takim jest też państwo, bez przyjęcia jakichś aksjomatów. Takimi aksjomatami często są prawdy wiary religijnej. Gdy dziś słyszymy postulaty budowania społeczeństwa neutralnego światopoglądowo, to warto pamiętać, że takiego czegoś w ogóle nie ma – jest to raczej zakamuflowana forma kwestionowania prawd wiary chrześcijańskiej.

Każdy człowiek ma jakiś pogląd na świat, a na to składa się, obok spraw banalnych, również np. podejście do cierpienia, sensu życia, wartości życia ludzkiego i innych istot żywych czy wreszcie wieczności. Nawet jeśli ktoś uważa, że wraz ze śmiercią biologiczną wszystko się kończy, to jest to jego wiara, bo przecież tego nie wie i w odniesieniu do siebie nie zbada tego w laboratorium. Właśnie te poglądy na świat (światopogląd) opierają się na wierze i w sposób zasadniczy wpływają na organizację życia społecznego ich wyznawców.

Wracając do Pani pytania, można powiedzieć tak: gdy społeczeństwo opiera się na wspólnych zasadach i wartościach, zawsze ma większe możliwości rozwoju i osiągania sukcesów niż w sytuacji, gdy dla różnych grup różne rzeczy są ważne i w ich imię chcą odmówić prawa głosu swoim przeciwnikom.

Pozycja Europy w świecie wyrosła ze średniowiecznej „Christianitas”, która była spójną i jednolitą wizją świata. Te dwa porządki, o których wspomnieliśmy wcześniej, wzajemnie się przenikały i uzupełniały.

– Co w dzisiejszych czasach wynika z faktu, że początki naszej państwowości zbiegają się z początkami Kościoła?

– To znaczy, że wartości ewangeliczne określają naszą tożsamość. Te wartości kształtowały nasze życie osobiste i społeczne, naszą państwowość od samego początku. Innych fundamentów nie mamy, bo wcześniej po prostu nas jako państwa nie było. Jest to więc zupełnie inna sytuacja niż np. w Cesarstwie Rzymskim, które w czasach przedchrześcijańskich zbudowało potężny organizm państwowy i dopiero później powoli asymilowało wartości chrześcijańskie, którymi wcześniej gardzono.

– Jak bronić się przed zarzutem, że akcentowanie związku Kościoła z państwem budzi niepokój o próbę budowania u nas państwa wyznaniowego?

– Państwo zawsze opiera się na jakichś wyznawanych przez jego obywateli wartościach. Każde więc państwo można nazwać wyznaniowym, nawet gdyby wyznawało wyższość anarchii nad ładem społecznym. Rozumiem jednak, że potocznie państwem wyznaniowym nazywa się państwo, które opiera się na wartościach i porządku określonym przez jakąś religię, a instytucjonalni przedstawiciele tej religii stanowią jednocześnie władzę w danym państwie. W odniesieniu do Kościoła katolickiego jest to zarzut chybiony, po wiekach doświadczeń bowiem to Kościół zabrania swoim kapłanom zajmowania stanowisk we władzach państwowych. U nas raczej wykorzystuje się hasło „państwa wyznaniowego” do dyskredytowania samych wartości chrześcijańskich, gdy sprawujący władzę świeccy członkowie Kościoła chcą zgodnie ze swoim sumieniem podejmować decyzje. Warto wówczas postawić pytanie: na jakich zasadach chcemy wobec tego budować ład społeczny? Usłyszymy pewnie odpowiedź, że na zasadach demokratycznych. To z kolei rodzi pytanie, czy zasady demokratyczne zakładają przyjęcie każdego rozwiązania, gdy tylko zostanie przegłosowane, czy też są jakieś granice, których jednak przekraczać nie wolno. Gdy mówimy więc o wpływie Kościoła – jak w przypadku naszej ojczyzny – na życie społeczne, mówimy o wyznaczaniu przez członków tego Kościoła, a jednocześnie pełnoprawnych obywateli państwa, owych granic właściwych cywilizacji chrześcijańskiej.

Alternatywne rozwiązania były już testowane w Europie. Wystarczy wspomnieć krwawe rewolucje we Francji i Rosji oraz zbrodnie nazizmu i komunizmu. Wspólnym mianownikiem tych dramatycznych wydarzeń była programowa walka z chrześcijaństwem w imię wolności i szczęścia. W istocie był to zawsze powrót do wartości pogańskich. Gdy więc mówimy o niepokojach, warto pomyśleć, czego tak naprawdę trzeba się obawiać.

– Po przyjęciu chrztu przez Mieszka I miał miejsce Zjazd Gnieźnieński. Chrześcijaństwo ówczesnej Europy miało więc ogromną moc legitymizowania władzy. Dlaczego dzisiaj w Europie widać tendencję odwrotną?

– Pozycja Kościoła w ówczesnej Europie wynikała z tego, o czym już wspominałem. Europejska „Christianitas” była jednolitą wizją świata, w której porządek doczesny wynikał z odwiecznego porządku ustanowionego przez Boga. Rola władcy wpisywała się w ten porządek. Gdy władca sprzeniewierzył się swoim obowiązkom wobec poddanych lub przekroczył dopuszczalne granice, podlegał – jak byśmy to dziś powiedzieli – arbitrażowi Kościoła jako strażnika Bożego porządku.

Dziś w Europie widać tendencję odwrotną, ponieważ punktem odniesienia nie jest już Boży porządek rzeczy, wyrażany przez wartości chrześcijańskie, lecz wola większości, która jest zmienna. Dlatego jesteśmy świadkami tego, jak szybko zmieniają się wartości bronione przez prawo poszczególnych państw, jak to, co do niedawna uchodziło za niedopuszczalne i wręcz szkodliwe społecznie, nagle zyskuje prawną akceptację na mocy woli większości.

W tym kontekście warto przypomnieć, że niejaki Piłat też ogłosił referendum, w którym Jezus okazał się przegranym, a jednak nie zmieniło to faktu, że jest On Zbawicielem, a Barabasz pozostał zbrodniarzem.

– Islam puka dziś do bram Europy. W jaki sposób skłonić europejskich polityków, by zatroszczyli się o kondycję chrześcijaństwa jako antidotum wobec  potomków Mahometa?

– Troska o kondycję chrześcijaństwa nie należy do polityków, lecz do samych chrześcijan. Jeżeli politykami są chrześcijanie, to stoi przed nimi taki sam obowiązek życia wiarą, jak przed każdym innym wierzącym. Różnica polega tylko na stopniu odpowiedzialności. „Komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą”. To chrześcijanie świadectwem swego życia pociągali innych do Chrystusa i w ten sposób Ewangelia docierała do coraz większej rzeszy ludzi oraz kształtowała ich życie. W Cesarstwie Rzymskim chrześcijanie byli pogardzaną i prześladowaną garstką, potrafili jednak autentyzmem ewangelicznego życia zachwycać innych i w ten sposób powoli przemieniali ówczesny świat.

Politycy Europy, jak wszyscy ludzie, mają swoje poglądy i światopoglądy. To one kształtują ich postrzeganie świata i wizję przyszłości. To wpływa na ich decyzje i kształtowanie europejskiego prawa. Od nas jednak zależy najpierw to, jakimi jesteśmy chrześcijanami i jakie świadectwo dajemy innym, a potem – kogo wybieramy jako naszego reprezentanta. Biorąc to pod uwagę, trzeba stwierdzić, że jesteśmy dziś w lepszej sytuacji niż wspólnota pierwszych chrześcijan, ponieważ ona nie miała wpływu na wybór senatu rzymskiego i tego nie oczekiwała. Pierwsi chrześcijanie potrafili jednak swoim życiem przyciągnąć Rzymian do wspólnoty Kościoła. I to jest droga, którą winni podążać chrześcijanie Europy.

Z abp. Stanisławem Gądeckim rozmawiała Lidia Dudkiewicz

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...