Koalicja przeciw grzechowi, czyli nie taka spowiedź straszna

Może warto umówić się z kapłanem o dogodnej porze, a nie pozostawiać spowiedzi na ostatnie dni przed świętami, kiedy napływ wiernych jest duży, a spowiednicy nieraz przemęczeni. Być może znamy kapłana, z którym, jak sądzimy, będzie nam się łatwiej porozumieć Przewodnik Katolicki, 15 marca 2009



„Jaka sympatyczna niedziela“ – myślałem, idąc przez nasz dziedziniec z tyłu do kościoła. Do konfesjonału, który znajduje się w naszej świątyni, łatwiej dotrzeć przez dziedziniec, niż przepychając się przez jej zapełnione ludźmi wnętrze.

Otwierając konfesjonał, usłyszałem dziwne słowa: „Idź, idź do spowiedzi!“. Zobaczysz, jak ci ksiądz nagada. Kątem oka zobaczyłem chłopca, który, co prawda, sięgał głową ponad stół, ale tylko trochę. Kobieta towarzysząca mu, prawdopodobnie mama, wysyłała go z takim komentarzem do sakramentu pokuty. Nie dziw, że malec wszedł do konfesjonału z nietęgą miną i rozpoczął spowiedź drżącym głosem. Spodziewał się ostrych słów z mojej strony.

Parę miesięcy później, w zupełnie innym miejscu, proboszcz poprosił mnie o pomoc w spowiedzi. Przyszedł do konfesjonału mężczyzna, który w wielkiej jak bochen pięści ściskał książeczkę od Pierwszej Komunii Świętej. I choć prawdopodobnie jednym uderzeniem mógłby mi przetrącić kark, to drżał i trząsł się w trakcie spowiedzi, jak chłopiec, który za chwilę zostanie ukarany dotkliwie za jakieś wykroczenie.

Mali i duzi, młodzi i starzy, tak różni, a tak podobni w dużym lęku przed sakramentem pokuty. A przecież ten sakrament jest świętem pojednania, miłosierdzia, bliskości Boga pochylającego się z dobrocią nad człowiekiem. Jakie są źródła obaw i lęków przed spowiedzią? Zagadnienie godne porządnej kwerendy przeprowadzonej przez socjologów lub psychologów. Wyniki z pewnością byłyby interesujące. Nie mając jednak takich możliwości, oprę się na własnych obserwacjach zwykłego miejskiego duszpasterza i spowiednika.

Straszenie spowiedzią

Pierwszą przyczyną lęku chrześcijanina przed sakramentem pojednainia bywa straszenie małego jeszcze dziecka spowiedzią, jak to miało miejsce we wspomnianym przykładzie. Bywa, że w dobrym zamiarze z sakramentu pokuty czyni się instytucję opresji. Najczęściej jest to tylko fragmentaryczne postrzegania chrześcijaństwa, a ostatecznie nierzadko i Boga samego, w perspektywie zakazu, opresji i możliwej kary przekroczenie któregoś z tych zakazów.

Zwykle wtedy kapłan, a spowiednik szczególnie, są traktowani jak policjanci z drogówki namierzający kierowcę przekraczającego dozwoloną prędkość. Podstawową troską jest wtedy, jak nie dać się złapać czy ewentualnie, jak się wykręcić od zapłacenia mandatu. Podobnie w sakramencie podstawową troską jest jak najszybsze jego zakończenie, ewentualnie jak najmniej trudne jego przeżycie. Wychowanie w takim duchu, straszącym Bogiem, księdzem, albo i jakąś nagłą karą, prowadzi w najlepszym wypadku do przepełnionego lękiem życia religijnego, a w najgorszym do zupełnego odrzucenia sakaramentu pokuty bądź w ogóle katolicyzmu.

Podstawowym błędem jest tu wykrzywienie ewangelicznego obrazu Boga i Kościoła poprzez ich upolicyjnienie. Zamazane zostają centralne elementy ewangelicznego orędzia, które przedstawia Boga jako Kogoś poszukującego człowieka i obdarzającego go swoją miłością przebaczającą. To obraz Miłosiernego Ojca mistrzowsko namalowany przez Chrystusa w przypowieściach – zwłaszcza tych zawartych w 15. rozdziale Ewangelii według św. Łukasza, jasno wyrażony w pięknym stwierdzeniu św. Pawła z Listu do Rzymian: „Bóg zaś okazuje nam swoją miłość przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami“ (Rz 5, 9).

Chrześcijanin, owszem, ma stawać w prawdzie o sobie i swoim życiu, ale nawet jeśli przekonuje się o swoim grzechu, to dzięki wierze odkrywa, że nie jest to prawda ostateczna o jego życiu. Tą Prawdą jest Jezus Chrystus, który umarł za jego grzechy, za grzechy każdego człowieka i to dzięki Niemu może z nadzieją powtórzyć za synem marnotrawnym: „Wstanę i pójdę do mojego ojca“.

Oparte na strachu przeżywanie sakramentu pokuty i szerzej chrześcijaństwa bardzo często przyjmuje postać legalizmu – liczy się tylko zachowanie prawa – przykazań, przepisów realnych bądź nieraz wyimaginowanych. U podstaw takiej postawy kryje się także błędne rozumienie prawa Bożego i grzechu. Bardzo często za grzech, zło uznaje się złamanie prawa, bez zrozumienia, że zakaz sformułowany w przykazaniu – np. nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij – zakazuje jakiegoś czynu dlatego, że on jest zły. Ktoś zabijając człowieka, czyni zło, które jako zło samo w sobie zostaje zakazane przez przykazanie.




«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama