Pogoda na zabijanie

Żadna al – Kaida, Iran czy inna Korea Północna nie są w stanie zagrozić bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych tak bardzo, jak aborcyjna puszka Pandory, nieroztropnie otwierana przez nową amerykańską administrację. Przewodnik Katolicki, 28 czerwca 2009



Wstrząsające zabójstwo lekarza-aborcjonisty Geroge’a Tillera należy traktować jako symboliczny koniec niepisanego rozejmu, podczas którego przeciwnicy aborcji w USA nie stosowali przemocy. Teraz, po jedenastu latach względnego spokoju, do Stanów Zjednoczonych wraca wojna. Właśnie tak – wojna.

Wie o tym każdy, kto choć raz zetknął się ze specyficzną formą, w jakiej przebiega tamtejszy spór o ochronę życia poczętego. Z jednej strony mamy więc radykalnych aborcjonistów gotowych dawać „wolność wyboru” nawet w zaawansowanej ciąży, z drugiej zaś ich najbardziej zagorzałych odpowiedników po stronie pro-life, którzy zabijają „babykillerów”, przyrównując ten czyn do egzekucji rzeźników z Gestapo.

Partyzanci Armii Boga

Na początku były jednak tylko pikiety i blokowanie klinik aborcyjnych. Z czasem, wraz z liberalizującymi się coraz bardziej przepisami aborcyjnymi w większości amerykańskich stanów, niektórzy aktywiści środowisk pro-life zaczęli sięgać po bardziej radykalne środki: oblewanie ginekologów czerwoną farbą, blokowanie zamków w drzwiach klinik czy też podrzucanie do nich pojemników z gazami łzawiącymi i śmierdzącymi substancjami.

Przełom nastąpił w 1993 roku, kiedy to z rąk Michaela Griffina zginął dyrektor kliniki aborcyjnej w Pensacoli dr David Gunn. To był sygnał do wojny na całego, bez względu na koszty i ofiary.

Dalej wszystko potoczyło się już według klasycznych reguł partyzantki miejskiej: antyaborcjoniści zeszli do podziemia, rozpraszając się i tworząc dziesiątki dobrze zakonspirowanych, działających zupełnie niezależnie od siebie grupek bojowników.

Tak przygotowani radykałowie spod znaku Armii Boga, Akcji Obronnej Wybawienia Ameryki i kilku jeszcze innych organizacji rozpoczęli swoje polowanie na „babykillerów”. Ci ostatni zaś, czując rosnące zagrożenie, schronili się za wysokimi murami ściśle strzeżonych klinik aborcyjnych.

O dziwo owa taktyka przemocy zaczęła przynosić pewne efekty: z „klinik śmierci” masowo zaczął uciekać personel pomocniczy, a liczba lekarzy dokonujących aborcji zmalała – według różnych szacunków – od kilku do kilkunastu procent.

Gruszek w popiele nie zasypiałyby jednak także policja i FBI, którym stopniowo udało się rozpracować i wyłapać większość antyaborcyjnych guerillas. Symbolem i „męczennikiem” tych ostatnich stał się były prezbiteriański pastor Paul Hill, stracony w 2003 roku za to, że dziesięć lat wcześniej w Pensacoli zastrzelił dwie osoby: ginekologa mającego przeprowadzić tego dnia trzydzieści aborcji oraz jego ochroniarza.



«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...