Zmowa aniołów

Jest ich w Polsce kilkudziesięciu. Idą do bezdomnych, prostytutek, narkomanów. Kim są streetworkerzy? Tygodnik Powszechny, 2 listopada 2008



Ale w szkole średniej Robert jest już pewien swojego homoseksualizmu, choć jeszcze nie przyznaje się do tego publicznie. Za to po ostrej, czteroletniej terapii indywidualnej dla DDA (Dzieci Dorosłych Alkoholików) potrafi mówić o matce, ojcu. Działa w Towarzystwie Pomocy Młodzieży, zostaje jednym z jego liderów.

Chce pomagać takim jak on, udręczonym przez inność. Wyjdzie na ulicę, też z torbą, tyle że wypełnioną głównie prezerwatywami i ulotkami informującymi, jak się chronić przed HIV/AIDS, jak nie zakazić innych i gdzie szukać ratunku. I będzie to robił przez następne osiem lat, do dzisiaj. Minimalizować szkody, ile się tylko da – to jego filozofia. To filozofia każdego streetworkera.

Wyjście

Bez względu na to, gdzie trafi streetworker, spotka rezerwę, nieufność: coś ty za jeden? Może gliniarz? Kto cię tu przysłał? Testowanie to taniec na linie. – Masz się z nimi zakumplować, byle nie za bardzo, bo z mety cię odrzucą. Ale też nie wolno ci okazać wyższości, bo wtedy się odwrócą – tłumaczy Tomala, któremu przez jedenaście lat się nie zdarzyło, żeby grupa zareagowała na jego pojawienie się agresją. To dlatego, że bardzo potrzebują autorytetu, dorosłego.

Na tym etapie Tomala włóczy się z nimi po ulicach, piwnicach, strychach. Albo idą do pobliskiego parku i bawią się w podchody, chowanego. Bywa, przechodnie pukają się w głowę: jakiś psychol z małolatami między drzewami lata, ale Tomala mówi, że to konieczne: odbyć rytuał wspólnego tarzania.

Tak przez kilka miesięcy. Aż przychodzi dzień, gdy któryś się odezwie, jak Arek:

– W szkole już tydzień, k…a, nie byłem.

Albo: – Ale mój stary wczoraj się urżnął!

Któryś spyta: – Tomala (tak go ochrzcili na pierwszym podwórku), a twoja żona to ładna jest?

Kiedy zaczynają mówić, Tomala wie, że nadszedł etap wyjścia. Wyjście to podróż tramwajem do kina lub na basen, niedaleko, na drugą stronę Wisły. Ale to jest wędrówka w nieznane. Na basenie trzeba się będzie rozebrać i wszyscy zobaczą na plecach lidera grupy siniaki po batach ojca. Lub ktoś zapyta ich o drogę na Starówkę, a przecież oni nigdy tam nie byli. I zostaną zidentyfikowani jako zakapiory z Pragi. Więc opierają się przed wyjściem.

Kiedy wreszcie Tomala ten opór pokona („chłopaki, mam bilety na gokarty”), trzeba jeszcze przeżyć tramwaj. Bo w tramwaju palą, wrzeszczą, wieszają się na poręczach, zrzucają pasażerom czapki. Plują przez okna na tramwaj z naprzeciwka. A Tomala nic. Czeka na reakcję pasażerów, bo dzieciaki same muszą sobie uświadomić, dlaczego ludzie ich tu nie chcą. Najlepiej, jak wścieknie się motorniczy i każe wysiadać. Stoją wtedy na obcym przystanku między Pragą a lepszym światem, nagle zbici z pantałyku. A Tomala: – Wracamy na Pragę.

Milczenie. Raptem jeden z nich, spode łba: – Ale miały być gokarty.

I za chwilę większość buczy: – Właśnie, gokarty... – Pokornieją. I już pojmują, że dotrzeć do gokartów – to wsiąść do tramwaju i nie pluć na obcych.

– Wychodzenie z Pragi – powiada Tomala – to bezustanna konfrontacja. Walka. Najtrudniejszą toczą sami z sobą.

Takiego Arka na przykład trzy miesiące namawiał, żeby poprowadził skrzynię. Była na kółkach, z wysuwanymi tablicami. Jeździło się z nią po podwórkach, a dzieciaki malowały i bazgrały na nich, co dusza zapragnie. Arek się bał, że wyjdzie na jaw, że jest słaby w pisaniu. Aż w końcu się zgodził i mnóstwo dzieci za nim szło, bo swój. Dzisiaj Arek sam jest streetworkerem, udzielił nawet wywiadu radiowego, czuje się ważny.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama