Prawda

Nie prawda dowodów, prawda teczek, źródeł, prawda tysięcy małych i jako tako pozbieranych do kupy faktów, ale prawda opromieniona miłością. Jeśli ktoś woła „prawda was wyzwoli”, a ma tylko suche dowody – kłamie. Tylko taki jedyny paradygmat jest cokolwiek wart i nie podlega falsyfikacji. Znak, maj 2007




Łatwiej jest pisać o kłamstwie, czego już próbowałem. Łatwo i przyjemnie jest nabijać się z kłamstw i kłamstewek chociażby polityków, ale faktycznie nas wszystkich. Jakże przeżyć dzień bez kłamstwa? Obyczaj – mądry doświadczeniem tysięcy pokoleń – wypracował na to swoje sposoby; niedawno obchodziliśmy dzień kłamstwa i kłamców, mocą starorzymskiej tradycji przypadający 1 kwietnia. Ale próżno szukać w kalendarzu dnia prawdy. Fanatyk prawdomówności zbrzydzony rutyną życia w kłamstwie już pierwszego dnia stałby się wrogiem publicznym. Czy można, nie kłamiąc, powiedzieć czule „jak się masz, kochanie?” niesympatycznej osobie, z którą wypada rano wstać z pościeli? A potem podobnie przez cały dzień: nie da się wprost powiedzieć mężowi prawdy, że jest nieznośny, dzieciom, że nieudane, szefowi, że głupi, koledze, że oszust, kochankowi, że nudny – trzeba trochę kłamać. Jak lekarz ma bez kłamstwa rozmawiać z pacjentem, jak opowiadać dzieciom bajki, które z samej istoty opisują rzeczywistość nieprawdziwą? Łatwo zidentyfikować kłamstwo, tym bardziej że tyle kłamliwej tandety nas wokół otacza. Ale gdzie jest prawda? Jak odnaleźć jej złote ziarno w miałkim piachu codzienności? W jakim sicie odsiewać ten uciążliwy balast? No i jaka prawda? A może czyja?

Sceptyczne pytanie Poncjusza Piłata: „cóż to jest prawda?”, dźwięczy nad światem bez zadowalającej odpowiedzi. A przecież – jeśli wciąż szukamy prawdy, to wierzymy w możliwość jej znalezienia. Ciągle przecież słyszymy: „prawdziwa wiara”, „prawdziwi Polacy”, „prawdziwa demokracja”, prawdziwe to, prawdziwe tamto… Same prawdziwki, chociaż wiadomo, że łatwiej znaleźć muchomora albo i szatana. „Prawda nas wyzwoli!” – wołają faceci, którzy właśnie dostali wypieków na twarzy od wertowania teczek z wiadomymi donosami. Cóż to jest prawda? Pamiętajmy, że Jezus na pytanie Piłata nie udzielił odpowiedzi, która by zadowoliła filozofów, nie wskazał narzędzia pozwalającego oddzielić złote ziarna od miałkiego piachu. „Jam jest prawda” – miał powiedzieć. A więc prawda jest w wierze. Dobrze, jeśli prawda ma oblicze Boskie; wszystko jedno – Jezusa, Buddy czy Jahwe. Ale jeśli jest to oblicze dyktatora, paranoicznego ideologa, plemiennego watażki albo i Ben Ladena? Przecież ludzie im także wierzyli, szli na śmierć albo zakładali obozy koncentracyjne tylko dlatego, że „Gott mit uns” albo za złudę zbawczego ustroju. Ich prawda także miała czyjeś oblicze. Może jest jakaś prawda w tej bajeczce o prawdzie, w której owa bogini zrzuca przed spragnionym prawdy śmiałkiem kolejne szaty, aż wreszcie staje on wobec nagiej prawdy, tylko że blask takiej prawdy zabija.

Przekleństwo filozofów

Według Arystotelesa wszystko jest proste. Prawda to zgodność z rzeczywistością; kiedy mówimy, że dwa razy dwa jest cztery albo że pies ma ogon – wszystko jest w porządku. Kiedy usiłujemy komuś wcisnąć kit o kilku ogonach albo o gruszkach na wierzbie – kłamiemy. „Rzeczy są przyczynami prawdziwości” – jak powiadał Arystoteles. Ten, kto ukradł lub zabił, może się wypierać, lecz dowody rzeczowe pokazują prawdę. Ale tylko na poziomie potoczności. Rzeczywistość składa się bowiem z mnóstwa faktów. O nich dżentelmeni nie dyskutują, potwierdza je naoczność, naukowe doświadczenie albo wiarygodne świadectwo. Wiadomo, ile pies ma ogonów i że gruszki na wierzbie nie rosną. Ale co zrobić, gdy z mnóstwa jednostkowych faktów trzeba wyprowadzić jakieś ogólniejsze stwierdzenie i dowieść jego prawdziwości? Na przykład o czyjejś winie zagrożonej wysokim wyrokiem albo o teorii ekonomicznej, której zastosowanie zadecyduje o pomyślności bądź upadku państwa. Każdy fakt jest „małą prawdą”; stał się, nie sposób go podważyć. Ale jak dojść do „prawd większych”? Nie można przecież żyć tylko na poziomie małych, naocznych prawdeczek, choć są to prawdy niezbite. Żona, która nie lubi męża z powodu tego, że obejrzał się za jakąś dzierlatką, wyprowadzi wniosek, iż bez wątpienia ją zdradza, i utwierdzi się w swojej niechęci. Kochającej ten fakt nie obejdzie albo ją rozśmieszy. Z mnóstwa faktów pokazujących, że jeśli ludzie mają pieniądze, to kupują potrzebne im rzeczy, można wyprowadzić wniosek, że należy w banku narodowym nadrukować jak najwięcej banknotów, a wtedy zapanuje pożądana szczęśliwość. Ale można też uznać, że pieniądz trzeba szanować, bo łatwo go zepsuć. Kości naszych dalekich przodków wykazują podobieństwo do małpy, stąd Darwin wysnuł swoją teorię, ale są tacy, co interpretują te fakty inaczej i też wierzą w swoją prawdę.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...