Droga

Gdybyś znalazł się w Foncebadon, nigdy nie pomyślałbyś, że ktoś może mieszkać w takiej chatce. Stara, zaniedbana, z małymi, brudnymi oknami, żółtymi foliami zamiast firan, wystającą z dachu rurą robiącą za komin, ze zwisającymi drzwiami, mnóstwem rupieci przed domem. Znak, 1/2010



Kasia

Z Kasią witamy się po angielsku, bo jeszcze nie wiemy, że obydwie jesteśmy z Polski. Jutta lokuje ją w moim pokoju. „Krajanka. Możecie gadać do woli”, mówi.

Kasia jest silna. Ale i tak jej ciężko. Cholernie dużo waży to, co spadło na nią w tym roku. „Mówiąc po ludzku, to zdecydowanie za dużo na szarego człowieka. Nie zasłużyłam na tak wiele cierpień, konstatuje. Pod koniec stycznia 2008 roku zmarł jej ojciec. Co prawda nie miała z nim dobrych kontaktów, ale go kochała. Trzy tygodnie później odeszła ukochana babcia. Zastępowała jej mamę, która zmarła na raka mózgu w wieku trzydziestu dwóch lat, kiedy Kasia miała lat jedenaście. Babcia też zmarła na raka. Przed ich śmiercią, na początku 2008 roku, Kasia postanowiła, że pójdzie na camino prosić o ich wyzdrowienie. Dziś modli się w intencji dusz. I za innych ludzi. Żeby o nikim nie zapomnieć, wypisała imiona na małej, żółtej karteczce. Dla niej to normalne, że pamięta o innych, wielu jednak to dziwi.

Nacamino chce się wreszcie wypłakać. Nie, to złe słowo. Wywyć, bo po śmierci babci i ojca jeszcze tego nie zrobiła. Poza tym jest jeszcze ona i jej zamotane życie. Może na camino uda się nad nim zastanowić i jakoś rozsupłać. Normalnie nie ma na to czasu, bo Kasia to kobieta interesu. Prowadzi agencję negocjacyjną. Ma bardzo nieunormowany czas pracy, dużo w rozjazdach. Mniej więcej jeden tydzień w miesiącu jest w domu w Gdańsku, a przez resztę czasu – gdzieś tam. Dlatego też nie udają jej się stałe związki, bo „facet chce mieć babę w domu”.

Marzyła o camino od pięciu lat. W 2008 roku udało jej się znaleźć trzy tygodnie na wędrówkę. Mało. Postanowiła, że przejdzie całe osiemset kilometrów, czyli średnio trzydzieści–czterdzieści dziennie. Dużo. Na początku wszystko szło jak z płatka – pokonywała olbrzymie odległości, czuła się wyśmienicie. Tylko smutno jej było, że każdego dnia zostawia za sobą poznanych ludzi, bo rzadko kto szedł tak szybko jak ona. Przyjaźnie nie wchodziły wówczas w grę. Dwa dni temu poznała Jamesa. Zwierzył jej się, że za dwa dni ma urodziny. I postanowiła, że chce być wtedy przy nim. Zorganizowała fiestę – kupiła ser (James nie lubi słodyczy), świeczkę, jakby z nieba spadły Katrina z Australii i Urszula ze Szwajcarii, z którymi James wcześniej wędrował. Przy jakichś krzakach wyprawili urodziny.

– Chyba James zapamięta je do końca życia – mówi Kasia. – Podarowałam mu swój różaniec. Wiedziałam, że James wierzy w Boga, ale jakby trochę z buntu się nie modli. Kiedy zobaczył różaniec, zagryzł wargi, żeby powstrzymać łzy.

Wczoraj zdecydowała, że nie będzie pędzić (czyli nie skończy camino) i wszystko zaczęło jej dokuczać. A to kostka spuchła, a to wysiadło kolano. Poznałam Kasię opatuloną w bandaże, z bardzo małym plecaczkiem na ramionach. To ten plecak przykuł moją największą uwagę. Bo Kasia była najlepsza w minimalizacji wagi. Plecak wielkości szkolnego, tylko cięższy – siedem–osiem kilogramów. Tyle, ile powinien ważyć ekwipunek pielgrzyma (10% wagi ciała). Co w nim było? Mapa drogowa Hiszpanii i Pirenejów („Lubię sobie popatrzeć, gdzie jestem”), spodnie krótkie, do kolan, i długie, śpiwór, kapelusz skórzany („Niezastąpiony.

To bardzo ważna rzecz, chroni przed wiatrem, zatrzymuje ciepło”), trzy zmiany bielizny, trzy pary skarpetek, polar, pięć podkoszulków, klamerki, niezbędnik do szycia, latarka czołówka, mininotesik do zapisków (małe karteczki spięte spinaczem), minidługopis, mały słownik polsko-hiszpański i hiszpańsko-polski, telefon, ładowarka, książeczka do nabożeństwa, różaniec, plastry, sandały, kosmetyki (wszystko w minisaszetkach – pasta do zębów, żel, szampon, kremy – na noc, na dzień, na żyły, jakieś tam jeszcze), perfumy w minibuteleczkach („Nie lubię śmierdzieć potem”), jedna podpaska („Jest się miesiąc w drodze, gdzieś na pewno cię to spotka”).

Z jednego schroniska wzięła pozostawiony antyperspirant, na drodze znalazła kijek trekkingowy, w Pampelunie kupiła strój kąpielowy i czepek („Jeżeli masz możliwość skorzystać z basenu, polecam! Po tylu przebytych kilometrach to zbawienne dla ciała”).

Dziś kolejny dzień drogi. Plecak dobrze zapakowany, kostka dalej w nie najlepszym stanie. Krótkie przepocone spodenki na tyłku, kijek w ręce, kapelusz na głowie. Żegnam się z Kasią. „Dziś modlę się za ciebie. Będziesz bliżej nieba”, rzuca na odchodne.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama