Niemiecka operacja na pamięci o II wojnie światowej

Niedziela 36/2018

Od Listu biskupów polskich do niemieckich z 1965 r., który określił fundamentalne standardy odpowiedzialności moralnej i wzajemnej wrażliwości w patrzeniu Niemców i Polaków na dramatyczne wydarzenia okresu II wojny światowej, minęło już z górą pół wieku. Od 50. rocznicy Powstania Warszawskiego w 1994 r., kiedy to ówczesny prezydent Niemiec Roman Herzog przepraszał Polaków w imieniu wszystkich Niemców, wiele się zmieniło w patrzeniu współczesnych mieszkańców RFN na swoją przeszłość

 

Z problemem trudnej przeszłości próbuje się zmierzyć kolejne pokolenie Polaków i Niemców, nieznających wojny z własnego doświadczenia. Wydaje się, że współczesne pokolenie Niemców redefiniuje swoją zbiorową pamięć o II wojnie światowej. Wiele, niestety, wskazuje na to, że elity dzisiejszych Niemiec uznały, iż praca „nad pamięcią” może im pomóc odbudować nie tylko własny wizerunek, ale i wpływy, nawet kosztem tych, których kiedyś napadli.

Naród ofiar

W ostatnich latach w Berlinie powstało przynajmniej kilka muzeów. Niemcy upamiętniają nie tylko „wypędzonych”, ale też wszystko, co pokaże ich martyrologię: zabijanie niepełnosprawnych w czasie wojny, eksterminacje homoseksualistów, horror masowych gwałtów dokonywanych na Niemkach przez sowieckich sołdatów „na rozkaz”, wreszcie cierpienia z czasów komunistycznych. Stawiają więc pomniki, obeliski i muzea. Postępowi Europejczycy z Niemiec nie odwracają się plecami do przeszłości. Erika Steinbach, liderka Związku Wypędzonych, w którym na 13 założycieli większość to byli członkowie NSDAP, przez lata konsekwentnego działania zdołała odwrócić o 180 stopni świadomość europejskich elit, robiąc z ofiar napastników, a z okupantów – ofiary. Ten wątek wyraźnie widać choćby w produkcjach filmowych ostatnich lat. A więc mamy Niemców jako ofiary nalotów alianckich (film „Upadek”), jako ofiary bestialstwa żołnierzy Armii Czerwonej wobec ludności cywilnej (np. film „Gustloff”), wreszcie tzw. wypędzonych, czyli zmuszonych do przesiedlenia z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Pamiętamy burzę wywołaną serialem wyprodukowanym i wyemitowanym przez niemiecką telewizję publiczną ZDF „Nasze matki, nasi ojcowie”, w którym Niemcy nie tylko jako żołnierze, ale i jako naród występują w roli ofiary, i to podwójnej. Po pierwsze – wojny, w którą zostali wplątani, niektórzy wbrew sobie, a traktują ją wyłącznie jako obowiązek wobec ojczyzny. Nie są fanatykami wierzącymi w zwycięstwo, a ostatecznie wojna niszczy ich życie. Po drugie – Niemcy są ukazani jako ofiary nazizmu, który w serialu jest pokazany jako coś narzuconego z zewnątrz, z góry, wobec czego główni bohaterowie są nie tylko zdystansowani, ale i krytyczni. Nie mają uprzedzeń rasowych, współczują prześladowanym Żydom, ludzkie więzi są dla nich ważniejsze niż narzucone przez nazizm schematy myślenia i reagowania. Wszystkiemu winni są źli naziści, którzy są w filmie mniejszością, a większość społeczeństwa – rozdarta wewnętrznie – ulega im wbrew sobie. W gruncie rzeczy nazizm jest cienką warstwą, pokrywającą zewnętrzną powłokę narodu, który de facto składa się ze zwykłych, dobrych i wrażliwych ludzi. Prowadzi do zamierzonego wrażenia, że naziści to obce ciało i nie należy nazizmu kojarzyć z Niemcami.

Ofiara w roli podejrzanego i oskarżonego

Na tle głównych bohaterów, budzących niewątpliwą sympatię widza, zgoła inaczej przedstawiają się żołnierze AK. I nie chodzi tu o zakwestionowanie tych faktów, bo istotnie Niemcy również pod koniec wojny cierpieli, lecz o konteksty i proporcje, bez których ten obraz jest zwykłą manipulacją wyabstrahowaną z rzeczywistości. O ile można bowiem zrozumieć, że po traumie pierwszych lat powojennych, kiedy musieli się zmierzyć z potworną prawdą o swoich zbrodniach i o swojej odpowiedzialności za cierpienia milionów ofiar, przyszedł czas na wypowiedzianą publicznie refleksję na temat ich cierpienia, o tyle niepokój może budzić towarzyszący temu rewizjonizm historyczny. Wprawdzie współczesne Niemcy nie kwestionują swej odpowiedzialności za wybuch wojny i popełnione zbrodnie, zwłaszcza za Holokaust, za który, jak twierdzą, dokonali gruntownego rozliczenia, ale upraszczając nieco, można powiedzieć, że na nowo próbują pisać część własnej historii z okresu II wojny, i to w taki sposób, by pomijać Niemców jako głównych sprawców, a ich cierpienia nie wiązać z konsekwencjami określonych wyborów politycznych i moralnych. W efekcie następuje zamiana ról, kaci stają się ofiarami, a ofiary – co najmniej współodpowiedzialnymi. W takiej roli właśnie obsadzani są często Polacy we współczesnych niemieckich mediach i filmach. Najlepszym przykładem jest choćby zjawisko nazywania niemieckich obozów koncentracyjnych zbudowanych na obszarze okupowanej Polski „polskimi obozami koncentracyjnymi”. Dziś wiemy, że określenie to wymyślili byli naziści, zatrudnieni przez zachodnioniemieckie tajne służby w 1956 r. Gdy prześledzimy, jak to kłamstwo rozprzestrzeniało się po świecie, to okaże się, że operacja przerzucenia odpowiedzialności na Polaków odniosła sukces. Tego określenia użył nawet Barack Obama, jeszcze jako prezydent USA, nie mając świadomości, że fałszuje historię. W filmie Stevena Spielberga „Lista Schindlera” załoga Auschwitz mówi po polsku! Czy to tylko wyraz ignorancji? We wspomnianym wyżej serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” Polska pod okupacją to, jak zauważył Piotr Semka, „dziki wschód”, kraj, „gdzie prawie każdy jest wrogiem, gdzie polscy partyzanci prędzej zaakceptują Niemca niż Żyda”. Mieszkańcy „dzikiego kraju” to typ tubylców, którzy przypominają podludzi. Szewach Weiss zauważył, że film wraca do podziału: Niemcy to ludzie, Żydzi – antyludzie, Polacy i inne narody wschodnie – podludzie. Istotnie żołnierze AK są pokazani jako prymitywni, brudni osobnicy o odpychającej fizjonomii i nieokrzesanej ogładzie, zainfekowani jaskiniowym antysemityzmem, którzy nie kryją się z odrażającą pogardą dla Żydów i bez mrugnięcia okiem gotowi są na stosowanie wobec nich przemocy (stereotypizacja akowców jako ugrupowania złożonego z antysemitów – Rafał Żytyniec). W jednej ze scen zamykają drzwi zdobytego pociągu po odkryciu, że w wagonach są Żydzi. Nie sprawdzają nawet, czy nie ma tam przypadkiem Polaków. To nie przypadek, bo w świadomości młodego widza ma pozostać przekonanie, że do obozów koncentracyjnych trafiali tylko Żydzi, a Polaków nikt nigdy nie wysyłał do Auschwitz. Temu służy też cezura, od której zaczyna się akcja filmu, tj. rok 1941. Autorzy świadomie pomijają pierwszą fazę wojny, która pojawia się tylko w tle, by zrobić ukłon w kierunku Żydów (od 1941 r. działały na Wschodzie specjalne oddziały likwidujące Żydów – Einsatzkommando SS) i Rosjan i zlekceważyć niemieckie zbrodnie dokonywane na Polakach od 1 września 1939 r. i zaraz potem na polskich Żydach. W opinii Semki Polska jest „wygodnym kozłem ofiarnym” na ołtarzu pojednania Niemców z Żydami i Rosjanami. Co więcej, publicysta zauważa, że Niemcy odgrywają rolę „psychoterapeuty”, który radzi Polakom, by do końca się rozliczyli z „wojennymi grzeszkami” i, tak jak po wojnie RFN, przepracowali kwestię antysemityzmu. Przyznanie się, choć w jakimś stopniu, że byli „pomocnikami w Holokauście”, będzie miało walor moralnej katharsis. W tym kontekście historyk Piotr Gontarczyk słusznie stawia retoryczne pytanie: Czy autorzy Holokaustu mają prawo rozliczać Polaków z antysemityzmu? Wielu komentatorów jest zgodnych, że Niemcy nadal mają problem z „ciężarem Holokaustu” i uciekają od problemu, obarczając Polaków i inne narody współodpowiedzialnością za zbrodnie przeciw Żydom (Szewach Weiss). Mamy więc obraz zrealizowany przez przedstawicieli pokolenia, które urodziło się po wojnie i nie czuje się odpowiedzialne za zbrodnie swoich matek i ojców, adresowany do jeszcze młodszego od nich pokolenia, które kojarzy II wojnę tylko z Holokaustem i któremu serwuje się „prawdę” o „ludzkich hitlerowcach” i „nieludzkich Polakach”. Serial „Nasze matki, nasi ojcowie” obejrzały miliony Niemców. Trzeba dodać, że państwowa telewizja ZDF jest finansowana również z abonamentu płaconego przez Polaków mieszkających w Niemczech. Przesłanie jest jasne: Polacy są współsprawcami, dlatego ponoszą współodpowiedzialność za Holokaust; zdejmują z Niemców przynajmniej część odium zła. Co więcej, okazuje się, że wizja „polskich antysemitów” i „akowskich kolaborantów”, którą powiela serial niemieckiej telewizji, nie jest w Niemczech, niestety, niczym nowym. Podobnymi „kliszami” posługiwała się propaganda komunistycznej NRD, kopiująca najgorsze wzory wczesnej propagandy PRL-u. W optyce enerdowskiej propagandy antyfaszystowskiej winni zbrodni wojennych byli klasowo interpretowani „faszyści”, nie tylko niemieccy, ale i „reakcyjne” kręgi społeczeństwa polskiego, w tym AK, która wymyśliła plan Powstania Warszawskiego wspólnie z Niemcami, gdyż głównym zadaniem żołnierzy AK miała być wojna partyzancka na tyłach Armii Czerwonej! (Wolfgang Schreyer, autor powieści o Powstaniu Warszawskim z 1954 r. „Unternehmen Thunderstorm”). Dla współczesnego pokolenia Niemców wychowanego w duchu ignorancji i niewiedzy, poddającego się z łatwością ofensywie retoryki „niewinności” i nieskłonnego do „poczucia krzywdy”, Holokaust stanowi jedyny poważny problem związany z II wojną światową, co oznacza nie tylko brak zrozumienia dla okrucieństwa niemieckich zbrodni dokonanych na Polakach, ale w ogóle lekceważenie polskich ofiar nazizmu. Co więcej, Polacy są odpowiedzialni za dramat „wypędzonych”, którzy musieli opuszczać swoje rodzinne gniazda na ziemiach przyznanych przez mocarstwa Polsce, czyli w Prusach Wschodnich, na Śląsku i na Pomorzu Zachodnim. Pomija się tu fakt, że sama decyzja o przesiedleniu była podjęta przez mocarstwa na konferencji w Poczdamie i wynikała z polityki Hitlera przed II wojną światową. Nie pamięta się wcale o tym, że decyzja o przesunięciu granic Polski została podjęta bez zgody Polaków i że to Polacy byli pierwszym narodem poddanym brutalnym deportacjom – najpierw przez obydwóch okupantów, a po wojnie tak samo jak Niemcy musieli opuszczać swoje domy rodzinne na Kresach. W efekcie niweluje się w tym przekazie rzeczywiste powody przesiedleń, odpowiedzialność Niemców i decyzje mocarstw, wreszcie marginalizuje się wysiedlenia Polaków z Kresów, mimo że jako naród nie byliśmy przecież po wojnie, jak Niemcy, postrzegani jako sprawcy.

Czekamy na więcej

I dziś niemiecka telewizja ZDF ma problem z przeproszeniem za określenie „polskie obozy zagłady” – sugeruje skrajną stronniczość polskiemu sądowi, który orzekając o winie niemieckiego medium, działa rzekomo pod presją rządu „nacjonalistów” z PiS-u, bo ten, niestety, ma czelność „postrzegać Polaków w roli ofiar”, a do tego próbuje „pudrować niechlubną wojenną przeszłość swoich rodaków”. O tej zaś „dobrzy” i „obiektywni” polscy historycy (np. Jan Tomasz Gross) piszą trudną dla nich prawdę. Na przykład taką, że Polacy w czasie wojny zabili więcej Żydów niż Niemców! Taka optyka części niemieckiej opinii ma swoje konsekwencje w niemieckiej polityce pamięci. Skoro Polacy jako ofiary nie byli nieskazitelni, to i ich cierpienie nie musi wymagać specjalnego upamiętnienia w Berlinie w postaci osobnego pomnika, a tym bardziej próby zbliżenia statusu ofiary polskiej z żydowską. Dlatego może właśnie kibice Legii 2 sierpnia 2017 r., a więc w dzień po 73. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, przygotowali na stadionie gigantyczny wizerunek niemieckiego żołnierza mierzącego z pistoletu w głowę bezbronnego dziecka, by w ten spektakularny sposób przypomnieć światu o okrucieństwie mordów dokonanych przez Niemców na Polakach w czasie II wojny światowej. Może czas na powrót do standardów zawartych w Liście biskupów polskich do niemieckich sprzed półwiecza. Może czas na niemiecką odpowiedź na próby otwarcia się Polaków na niemiecką wrażliwość, o której świadczą emisja wspomnianego serialu w polskiej telewizji czy choćby film Wojciecha Smarzowskiego pt. „Róża”, który opowiada w sposób naturalistyczny o dramacie gwałconych publicznie i na rozkaz Niemek w Prusach Wschodnich przez sołdatów sowieckich w 1945 roku... Dlatego dostrzegamy gest Ambasady RFN w Warszawie i wszystkich niemieckich placówek dyplomatycznych w Polsce z okazji rocznicy wybuchu powstania w postaci spuszczonej do połowy masztu niemieckiej flagi. Ale czekamy na więcej.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...