Cena światopoglądu

Przewodnik Katolicki 18/2013 Przewodnik Katolicki 18/2013

W XXI wieku przed chrześcijanami w Polsce czy Europie nie staje wyzwanie męczeństwa. Ale nadal bycie świadkiem prawdy wymaga odwagi, bo nadal jesteśmy ciągani po sądach, stawiani przed namiestnikami i skazywani. Tym razem na kary finansowe.

 

Żyjemy – my, Polacy i Europejczycy – obecnie w fantastycznym świecie. Życie Ewangelią, głoszenie Prawdy nie wymaga od nas ofiary z życia, jak to było jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Za przynależność do organizacji katolickich czy obronę życia (tak bywało nawet w Polsce) nie trafia się już do więzień, uczenie dziecka religii nie skazuje na obóz pracy, a duchowni nie są pozbawieni praw publicznych (po sowiecku rzecz ujmując, nie są „liszencami”). Możemy głosić otwarcie to, w co wierzymy, jasno wykładać swoje racje, a jedyne, co może nas za to spotkać, to nieprzyjazna ocena, wykluczenie z mainstreamu, kłótnia z kolegami czy rodziną, niesympatyczne listy (regularnie dostaję takie, w których grozi się moim bliskim czy mnie gwałtem) albo – w najgorszym razie – proces. Cywilny albo karny; ten drugi zdecydowanie mniej sympatyczny. Wydawałoby się więc, że obecnie głoszenie Prawdy, otwarte wyznawanie katolicyzmu powinno być o niebo prostsze. A jednak wcale tak nie jest.

Samotność fightera

Głównym powodem wcale nie jest to, że katolików próbuje się zepchnąć do getta, ani nawet nie to, że po każdej mocniejszej i bardziej jednoznacznej wypowiedzi można spodziewać się pozwu sądowego (ja sam mam na razie dwa procesy i kilka zapowiedzi), który może zrujnować rodzinę (130 tys. zł, których domaga się ode mnie Alicja Tysiąc, niewątpliwie zrujnowałoby moją rodzinę, a 30 tys. zł żądanych przez jednego z polityków Ruchu Palikota to – w porównaniu z tym pierwszym – drobiazg), ale to, że niezwykle często medialni fighterzy mają poczucie pozostawienia samym sobie. Gdy jedna z czołowych publicystek katolickich była ciągana po sądach w procesie karnym (groziło jej do dwóch lat więzienia), katolicka opinia publiczna i jej liderzy – niestety także Kościół hierarchiczny – w zasadzie milczeli (z nielicznymi wyjątkami). Można było odnieść wrażenie, że sprawę tę traktowano jako prywatny problem publicystki, a nie część zorganizowanego ataku na Kościół i tych, którzy nie obawiają się głoszenia katolickich poglądów.

I nie inaczej jest w przypadku innych procesów. Piszą o nich (i chwała im za to) katolickie czasopisma, czasem jakiś polityk wyrazi solidarność, ale nie widać choćby próby akcji, jakie podejmuje lewica po tym, jak którykolwiek z jej „autorytetów” zostanie zaatakowany. Ewa Wójciak, choć trudno znaleźć jakiekolwiek argumenty na jej usprawiedliwienie, była broniona przez kilka setek profesorów, intelektualistów i dziennikarzy; powstawały listy w jej obronie, a politycy bardzo podkreślali, że nie można się zgodzić na odbieranie jej prawa do swobodnego wypowiadania opinii. A wszystko to w sytuacji, w której nikt nawet nie postawił jeszcze pani Wójciak żadnych zarzutów. Ciągani po sądach przez lewicę katolicy muszą ze swoimi problemami zmagać się w znaczącym stopniu sami. Owszem, otrzymujemy wyrazy poparcia i sympatii, a także zapewnienia o modlitwie (za wszystkie  – w swoim imieniu – bardzo dziękuję, bo dobre słowo, a przede wszystkim modlitwa ma ogromną moc), ale to jednak nie to samo co zmasowana akcja poparcia politycznego czy medialnego. Brak też instytucji, które mogłyby wspierać, choćby prawnie czy finansowo, ludzi, których stawia się przed sądami.

W efekcie wielu z tych, którzy jeszcze kilka lat temu odważnie nieśli sztandar, powoli się z tego wycofuje. I coraz mniej mnie to dziwi. Ludzie świeccy mają rodziny, muszą być za nie odpowiedzialni, i nie zawsze mają ochotę narażać na szwank ich przyszłość. Szczególnie w sytuacji, w której mają wrażenie, że swój sztandar niosą sami (albo w niewielkiej grupie), a reszta, także tych, którzy powołani są do przewodzenia, przygląda się im z oddali, czasem życzliwie kibicując, a niekiedy ostro krytykując, ale nie próbując przyłączyć się do tyraliery.

Katolicyzm bezobjawowy

Argumenty tych, którzy stoją  z boku, są zresztą boleśnie przewidywalne. Jedni tłumaczą, że nie ma żadnej wojny, że grupa oszołomów wymyśliła sobie, że trzeba walczyć o jakieś dzieci (bo przecież 650 zabijanych legalnie osób w Polsce nie stanowi problemu), o jakieś zamrażane zarodki czy z homoseksualną indoktrynacją lub antykatolickimi ideologiami, i w związku z tym nie ma powodów, by do czegokolwiek się przyłączać. Inni narzekają na formę, wyjaśniając, że co do treści, to oni oczywiście wspierają, ale ta forma – sam Pan rozumie – kompletnie nieodpowiednia. A mowa jest nie o wyrażeniach z katalogu Ewy Wójciak, ale o nazwanie aborcji mianem zabicia dziecka (jednym z zarzutów, jakie stawia mi Alicja Tysiąc w procesie, jest właśnie takie określanie „zabiegu przerwania ciąży”) czy jasne wskazanie, że mężczyzna, który przez lata miał żonę i ma z nią syna, nie jest kobietą.

Niedopuszczalne jest także – a to są na przykład zarzuty padające z ust ks. Wojciecha Lemańskiego – jasne określanie, że homoseksualizm jest grzechem, mówienie, że niedziela nie jest czasem na zakupy czy choćby przypominanie, że katolicyzm – i to należy do jego podstaw – powinien być objawowy, bo nie zapala się świecznika, by go chować. Każdy, kto ma odwagę, by nazywać rzeczy po imieniu, jest więc uznawany za „plującego” i określany wdzięcznym terminem „barana” czy „owcopasterza”, a także oskarżany o tchórzostwo. Zabawnie to brzmi w ustach człowieka, który fetowany jest przez liberalne media i który nawet w myślach nie wypowie opinii mogącej wystawić na krytykę tolerancjonistów, a który chętnie i obficie krytykuje tak biskupów, jak i tych wszystkich, którzy zwyczajnie i otwarcie prezentują katolickie poglądy.

Najgroźniejsze jest jednak powszechne milczenie zwyczajnych katolików. Ich niechęć do zabierania głosu – nie w domu czy na spotkaniu w parafii, ani nawet nie na portalach internetowych, ale w konkretnej przestrzeni społecznej. Oddajemy szkoły, urzędy, przestrzeń publiczną w ręce lewaków, bo nie tylko się nie jednoczymy, ale nawet w pojedynkę nie walczymy o obecność naszych własnych poglądów w szkołach, na uniwersytetach czy w urzędach. Pozostawiamy je lewicowcom, bo mamy poczucie, że ich poglądy są marginalne. I tak jest, ale jeśli wpuścimy ich do szkół, to szybko przestanie tak być. Liberalna lewica rozmnaża się bowiem nie tyle przez prokreację, ile przez werbunek. To dlatego tak ważne jest, by nie oddać im edukacji, by obronić choć resztki niezależności w tych sprawach. Jeśli tego nie zrobimy, jeśli nie zaczniemy razem protestować, to przegramy.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama