Bezpłciowa ideologia

Rycerz Niepokalanej 5/2013 Rycerz Niepokalanej 5/2013

Przez Polskę przetacza się fala dyskusji na temat tzw. związków partnerskich. W Sejmie debatowano nad projektami ustaw wprowadzających ich rejestrację. Wszystkie projekty odrzucono już w pierwszym czytaniu, ale to tylko dodatkowo podgrzało atmosferę. Zwolennicy rozwiązań ustawowych przystąpili do wielkiej medialnej ofensywy, licząc na to, że ich przeciwnicy w końcu się ugną i zmienią zdanie.

 

Związki partnerskie różnią się od małżeństwa zasadniczo pod trzema względami. Po pierwsze: są mniej trwałe, gdyż łatwo można je rozwiązywać; po drugie: nie mają możliwości adoptowania dzieci, ale – i to jest trzecia różnica – możliwość ich zawierania mają – oprócz par heteroseksualnych – również pary homoseksualne. I to ten ostatni powód zdaje się być najważniejszy dla większości uczestników sporu z obydwu stron. Propagatorzy związków bardzo często widzą w nich przede wszystkim szansę na prawną akceptację homoseksualizmu, co z kolei spędza sen z powiek obrońcom tradycyjnych wartości.

Krok po kroku

Przykład Francji pokazuje, jak ta akceptacja z czasem istotnie się poszerza. W tym kraju w 1999 r. zalegalizowano związki partnerskie, a obecnie wprowadza się „małżeństwa homoseksualne” (z prawem do adopcji). Towarzyszy temu poparcie znacznej części społeczeństwa. Zwolennicy podobnych zmian prawnych w Polsce otwarcie przyznają, że ustawa o związkach partnerskich była we Francji krokiem do zapewnienia homoseksualistom możliwości zawierania małżeństw. Nie inaczej było w takich krajach, jak: Holandia, Belgia, Hiszpania, Szwecja, Norwegia, Portugalia, Islandia, Dania, a ostatnio Wielka Brytania.

Wielu przedstawicieli mniejszości seksualnych – środowisk gejów, lesbijek, osób bi- i transseksualnych (w skrócie: LGBT) – jest już dzisiaj całkowicie przekonanych, że te wszystkie zmiany im się należą, że są ich ludzkim prawem. Stąd często występuje wśród nich zdziwienie, że ktokolwiek może taki pogląd kwestionować. Tym, co dzisiaj stanowi bardzo mocną filozoficzną podbudowę dla ich postulatów, jest tzw. teoria gender (czytaj: dżender).

Koń, jaki jest, każdy widzi?

Słowo gender pochodzi z języka angielskiego i oznacza albo rodzaj gramatyczny (męski, żeński, nijaki), albo – podobnie jak słowo sex – płeć. Mówiąc zwięźle, sex oznacza płeć biologiczną, natomiast gender oznacza płeć społeczno-kulturową. O co tutaj chodzi? Płeć biologiczna jest zakorzeniona w ciele, można ją rozpoznać po zewnętrznych narządach płciowych, czy też po rodzaju chromosomów płciowych (mogą przy tym występować zaburzenia). Płeć społeczno-kulturowa jest natomiast zespołem zachowań, cech, ról czy stereotypów, przypisywanych płciom przez społeczeństwo czy kulturę.

Przykładowo, jeśli zdecydowana większość członków jakiejś społeczności na pytanie: „Czy kobiety mogą być kierowcami autobusów?” odpowiada: „Nie, bo to jest zajęcie dla mężczyzn” – to odwołuje się tym samym do żeńskiego genderu, funkcjonującego w tej konkretnej społeczności. W świecie ortodoksyjnego islamu kobieta nie może chodzić po ulicy z odsłoniętą twarzą – to też element żeńskiego genderu. Z drugiej strony męski gender może się przejawiać np. stereotypem, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze albo że zawsze zna się na naprawianiu samochodu. Mój tata opowiadał mi, że kiedyś w kościołach kobiety siadały wyłącznie po lewej stronie nawy, a mężczyźni po prawej – to też było wtedy elementem treści płci kulturowo-społecznej.

Teoria gender stwierdza za Judith Butler, że to, jak postrzegamy kobiecość oraz męskość, bierze się z tego, co nam przekazali inni poprzez słowa, gesty lub czyny, przez akceptację lub odrzucenie, wyrażane wprost lub nie wprost. My z kolei powtarzamy innym to, czego się nauczyliśmy na ten temat, utrwalając w ten sposób schematy i stereotypy, i utrzymując sztywny dwubiegunowy podział świata na część męską i kobiecą. Co więcej, uczestnicząc w tym wszystkim, jesteśmy święcie przekonani, że różnice między kobietami a mężczyznami wyrastają z samej biologii naszych organizmów i że są konieczne. Tymczasem – jak stwierdzają propagatorzy teorii gender – wszystko to jest „bajką”, zmyślonym „opowiadaniem”, sztucznym tworem społeczeństwa i kultury.

Skutki takiego pojmowania rzeczywistości mogą być bardzo poważne. Radykalnie prowadzone rozumowanie w duchu genderowym prowadzi do wniosku, że pojęcia „męskiej tożsamości płciowej” oraz „kobiecej tożsamości płciowej” są... puste! Nie są niezmienne, przeciwnie: podlegają nieustannym zmianom, włączając w to sferę czysto seksualną. To oznacza koniec płci. Zamiast nich proponuje się więc uznanie, że istnieją niezliczone postacie zróżnicowanych „tożsamości płciowych”, z których każdy może sobie wybrać odpowiednią dla siebie. Z tego powodu homoseksualizm nie jest gorszy od heteroseksualizmu. Również transseksualizm czy transwestytyzm (przebieranie się za osobę płci przeciwnej) powinny być uznane za zjawiska całkowicie normalne.

Człowieku, stwórz się sam!

Początki teorii gender wywodzą się z ruchu feministycznego. Istotą feminizmu, jaki znaliśmy dotychczas, była walka z dyskryminacją ze względu na płeć. Oprócz fatalnych błędów (jak np. domaganie się „prawa do aborcji”) feminizm ma też niewątpliwe zasługi, choćby w postaci nagłaśniania problemu krzywdzenia kobiet. Teraz jednak przekształca się on dramatycznie i zamiast walki o dowartościowanie płci podejmuje walkę z płciami.

 

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama