Uczta Babette

Życie duchowe Lato/2016

Są takie filmy, które warto obejrzeć wiele razy. Choć na pozór proste i łatwe w odbiorze, są wielowarstwowe i gęste od znaczeń. Jednym z nich jest „Uczta Babette

 

Są takie filmy, które warto obejrzeć wiele razy. Choć na pozór proste i łatwe w odbiorze, są wielowarstwowe i gęste od znaczeń. Jednym z nich jest „Uczta Babette”, arcydzieło duńskiego reżysera Gabriela Axela, nagrodzone – jako pierwszy duński film – Oscarem w 1988 roku, a w 1995 roku, gdy kino świętowało stulecie istnienia, wpisane na Listę 45 wartościowych filmów, ogłoszoną przez Filmotekę Watykańską i Papieską Radę do spraw Kultury[1].

Niespełniona miłość córek pastora

Opowieść łatwo streścić: rok 1885, w rybackiej wiosce na Półwyspie Jutlandzkim (czyli w Danii) mieszkają dwie niemłode córki nieżyjącego już pastora, założyciela miejscowej sekty. Martinie i Filippie, noszącym imiona nadane na cześć reformatorów Lutra i Melanchtona, od czternastu lat pomaga Babette, uciekinierka przed okrucieństwami Komuny Paryskiej. Gdy niespodziewanie wygrywa na loterii 10 tysięcy franków, Babette postanawia przyrządzić uroczystą kolację, by uczcić stulecie urodzin pastora, przypadające 15 listopada.

Narracja, choć zasadniczo linearna, posługuje się jednak retrospekcjami. Pierwsza, na samym początku, w rozbudowanej formie jest powrotem do wydarzeń sprzed pięćdziesięciu lat, do czasu młodości sióstr, których uroda co prawda zachwycała wielu mężczyzn, lecz surowość ojca równie szybko ich zniechęcała. Dwóch z nich, przybyszów z wielkiego świata, naznaczonych zostało miłością niespełnioną, która nie przeminęła. Pierwszy to wiodący hulaszczy tryb życia porucznik Lorens Löwenhielm, wysłany przez ojca do domu ciotki na głęboką prowincję, by na nowo poukładał sobie życie. Podczas samotnej przejażdżki dostrzegł Martinę i oczarowany jej urodą „wyobraził sobie pogodne życie z aniołem u boku”[2]. Lorens, przychodząc do domu pastora, uczestnicząc w spotkaniach zboru, zaczął – by przypodobać się przyszłemu teściowi – używać języka kwieciście ozdabianego biblijnymi cytatami. Nie pomogło mu to jednak w zdobyciu ręki kobiety, obdarzającej go odwzajemnioną miłością. W filmie niewiele jest melodramatycznych scen, dialogi są minimalistyczne, podobnie jak niemal teatralna scenografia, ograniczona do rzeczy niezbędnych. Tym bardziej zapadają w pamięć słowa pożegnania z Martiną: „Rozumiem, że muszę odejść, nigdy cię nie zobaczę. Pojąłem dziś, że życie jest okrutne i są na tym świecie rzeczy niemożliwe”. By stłumić uczucie, zapomnieć o miłości niemożliwej i niespełnionej, młody oficer rzucił się w wir kariery.

Rok później do rybackiej osady zbłądził tęskniący za samotnością i ciszą śpiewak operowy z Paryża Achille Papin – katolik, którego jednak surowy protestant akceptuje. Zachwycony usłyszanym w kościele śpiewem Filippy proponuje jej lekcje śpiewu, z myślą o muzycznej karierze. Podczas kolejnej lekcji, kiedy razem śpiewają miłosny dialog z Mozartowskiej opery „Don Giovanni”, nazywają wzajemnie własne uczucia: „moja wola słabnie… chwyć moją dłoń, luba – c’est toi, que j’aime – to ciebie kocham”. Zadumany ojciec domyśla się, co dzieje się między córką a odkrywcą jej talentu. Gdy szczęśliwy Papin wychodzi, zaniepokojona własnymi uczuciami Filippa pyta ojca o możliwość zrezygnowania z lekcji. Zadowolony pastor osobiście zanosi list Papinowi, który wyjeżdża ze złamanym sercem.

Obie kobiety przeżywają stratę: widać to w ich ukradkowych spojrzeniach. Film przywołuje jednak konieczność przyjęcia właściwej perspektywy. Pastor w ostatnim przemówieniu, które słyszy Lorens, cytuje Psalm 85: „Łaska i wierność spotkają się ze sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój” i wskazuje, że „ścieżki Pana wiodą ponad górami i oceanami, gdzie ludzkie oko nie dostrzega ani śladu drogi”. Ponad ludzkimi ograniczeniami i porażkami jest przecież perspektywa dalsza, niewidoczna w smutku i żalu rozstania. To, co wydaje się nie mieć sensu, nabierze kiedyś znaczenia.

Uciekinierka z Paryża

Ciąg dalszy retrospekcji przenosi widza w rok 1871, gdy jesiennego wieczora do drzwi domu sióstr puka wyczerpana kobieta z listem polecającym od Papina. Babette Hersant musiała uciekać z Paryża po krwawych wydarzeniach Komuny, w których zginęli jej mąż i syn. Siostry zgadzają się przyjąć nieznajomą, która uczy się języka, pomaga siostrom w ich działalności charytatywnej. Mija czternaście lat, podczas których obecność Babette stawała się dla sióstr zauważalnym, także finansowo, błogosławieństwem. Tymczasem nieliczni wierni zboru stają się coraz bardziej zgorzkniali, małostkowi, wypominają sobie dawne grzechy. Martina i Filippa chciałyby uczcić zbliżające się setne urodziny pastora, martwią je jednak podziały zboru.

Ale przecież „ścieżki Pana wiodą ponad górami i oceanami, gdzie ludzkie oko nie dostrzega ani śladu drogi”… Z Paryża dociera wiadomość o wygranej Babette w loterii: 10 tysięcy franków! Wtedy Babette wyraża swoją prośbę, pierwszą od czasu rozpoczęcia służby u córek pastora: chciałaby przygotować kolację dla uczczenia rocznicy urodzin ich ojca. Kobiety zgadzają się, Babette wyjeżdża na kilka dni, by zamówić produkty, które w osadzie wzbudzą przerażenie: ogromny morski żółw, przepiórki w klatce, skrzynki wina. Ascetyczne życie wiernych wydaje się zagrożone: siostry tłumaczą się im z nieprzemyślanej zgody na tę ucztę, której nie da się już odwołać. Podejmują więc postanowienie: zachowają obojętność, nie będą komentować smaku potraw ani chwalić dań.

Do stołu ostatecznie zasiada dwanaście osób: do członków zboru dołączyła sympatyzująca z nimi od dawna ciotka Lorensa i towarzyszący jej zakochany niegdyś w Martinie bratanek, który, wspiąwszy się po szczeblach kariery, został generałem. Podczas odbywającego się w milczeniu wykwintnego posiłku tylko on – w ostatnim momencie dołączony do listy gości – z narastającym podziwem, rozpoznaje kolejne potrawy, dzieła pozostającej w cieniu Babette: zupę żółwiową, bliny Demidoff, wreszcie cailles en sarcophages, przepiórki zapiekane w foremkach z ciasta francuskiego, które wywołują wspomnienia generała: jadł to danie kiedyś w Paryżu, zaproszony przez generała Galliffeta do Café Anglais, którego szefową była kobieta potrafiąca przemienić kolację w przygodę miłosną! Jedynie generał potrafi docenić perfekcyjnie dobrane wyborne wina – amontillado („najlepsze, jakie piłem”), szampana Veuve Cliquot rocznik 1860, Clos Vougeot rocznik 1845…

Uczta, która otwiera serca

Wtedy okazuje się, że pastor – przez narratora nazwany przecież prorokiem – miał rację! „Ścieżki Pana wiodą ponad górami i oceanami, gdzie ludzkie oko nie dostrzega ani śladu drogi”: niezwykła uczta zaczęła, mimo ślubowanego milczenia, otwierać serca i usta ascetycznych biesiadników: wybaczają sobie dawne urazy, wspominają pastora. Ta „ostatnia wieczerza” Babette tchnie w nich w listopadowy wieczór nowe życie. Jest przecież ofiarą, darem „o niezwykłej mocy, który skutecznie działa”[3]. Generał, sięgając po kiść winogron, wygłasza mowę, w której brzmi echo słów pastora, nie powtarzanych jednak bezmyślnie – jak to czynił młody porucznik – lecz głęboko przemyślanych: „Łaskawość i wierność spotkają się ze sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój… Człowiek w swej słabości i krótkowzroczności wierzy, że musi dokonywać wyborów. Z lękiem podejmuje wyzwania. Znamy strach… nie, to nie tak, nasze wybory są nieistotne. Przychodzi czas, w którym otwierają się nam oczy i rozumiemy, że miłosierdzie jest nieskończone. Musimy tylko wyczekiwać go z ufnością i przyjmować je z wdzięcznością. Miłosierdzie jest bezwarunkowe. Wszystko, co wybraliśmy, zostało nam dane, jak i wszystko, co odrzuciliśmy – to także odzyskamy, bowiem łaskawość i wierność spotkają się ze sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój”.

Gdy uczta dobiega końca, Lorens – jak przed laty – żegna się w przedsionku z Martiną: „Byłem przy tobie każdego dnia. Wiedziałaś, prawda?” „Tak”. „Nadal będę przy tobie dzień i noc, tak jak dawniej. Każdego wieczoru będę jadł kolację przy twoim stole, nie ciałem, bo ono jest nieistotne, lecz duchem. Nauczyłem się dziś, najdroższa, że na tym pięknym świecie wszystko jest możliwe”. To pożegnanie – tym razem chyba ostateczne – jest zupełnie inne niż wtedy, gdy rozgoryczony młody porucznik w tym samym miejscu mówił do Martiny, „że życie jest okrutne i są na tym świecie rzeczy niemożliwe”.

W perspektywie miłosierdzia

Goście, pojednani i wdzięczni, rozchodzą się pod niebem skrzącym się gwiazdami, a siostry dowiadują się, że to ona, Babette, przygarnięta litościwie uciekinierka przed okrucieństwami generała Galliffeta, była szefową Café Anglais i że nie wróci do Paryża, bo tam nie ma już nikogo bliskiego, a fundując kolację, została bez pieniędzy, ale nie biedna: „W niebie będziesz wielką artystką, bo taką stworzył cię Bóg. Oczarujesz wszystkie anioły”.

Niespełniona miłość Lorensa i Papina do Martiny i Filippy niosła ich dalej: jej przedziwnym etapem stała się restauracja Babette, która swój ratunek zawdzięczała tamtej miłości. Narrator mówi na początku filmu, że niespodziewaną obecność francuskiej służącej w skromnym domku sióstr „można wytłumaczyć, zgłębiając tajniki serca”. Czyjego? Bohaterów, przeżywających przemianę, dojrzewającą przez dziesięciolecia i uwolnioną za sprawą uczty? W połowie filmu, gdy Babette dowiaduje się o wygranej, idzie nad morze, spogląda w dal – w stronę ojczyzny? Przeszłości, do której mogłaby powrócić? Widzimy wtedy mewę, szybującą nad wodą: Babette wstaje i zdecydowanie odchodzi, by zaproponować swoim chlebodawczyniom uroczystą kolację. Wyrażając tę prośbę, ściska w dłoni krzyżyk, który stale nosi na piersiach.

Jan Olszewski, znawca skandynawskiego kina, podkreślał, że „tajemnicą pozostaje to, co najważniejsze: dlaczego Babette postanowiła urządzić swoją ucztę. Czy dlatego, by okazać wdzięczność? Czy po to, by sprawdzić swój kunszt zawodowy? Film na te pytania nie odpowiada, pozostawia nam jedynie metaforyczną sugestię, którą łatwo przeoczyć: zanim Babette zgłasza siostrom swoją propozycję, spędza jakiś czas nad brzegiem, siedząc na wysokiej skale i patrząc w morze. W jednym z ujęć nad falami przyboju pojawia się w dalekiej perspektywie biały ptak. Zapewne mewa. Ale może to być także gołębica”[4]. Gołębica – jak w scenie chrztu Jezusa, a może jak Duch Boży, [który] unosił się nad wodami (Rdz 1, 2)? Film, którego treść nieprzypadkowo współtworzą pobożne hymny śpiewane przez wiernych, otwarty jest na religijną interpretację prowadzącą do Miłosierdzia, które człowiekowi czasem trudno dostrzec. Jak zauważa Mariola Marczak, to Opatrzność kierowała losami bohaterów: bez odejścia Papina Babette nie miałaby się gdzie schronić, bez rozstania Martiny z Lorensem nie byłoby komu docenić kulinarnego arcydzieła, bez uczty nie byłoby „nawrócenia ani odrodzenia w kongregacji, a być może – zbawienia tych dusz”[5].

Jeszcze jedno na koniec: „Uczta Babette” jest jednym z tych dzieł, które wymagają dobrego przygotowania. Nie chodzi jednak ani o znajomość realiów dziewiętnastowiecznej Skandynawii, ani opowiadania Karen Blixen, będącego literackim pierwowzorem filmu. Ten film, zwłaszcza oglądany w gronie przyjaciół, domaga się dalszego ciągu: nie muszą to być smakołyki aż tak wykwintne jak te, które pojawiają się na ekranie, lecz dobrze po projekcji usiąść wspólnie przy stole, by choć trochę doświadczyć tej radości, wdzięczności i wspólnoty, o której film opowiada.

W Polsce do dystrybucji trafiły dwie wersje językowe: duńska i anglojęzyczna, w której podwójne tłumaczenie – z duńskiego oryginału na angielski i z angielskiego na polski – doprowadziło między innymi do zagubienia znaczeń i brzmień biblijnych tekstów, wypowiadanych przez bohaterów. Lepiej sięgnąć po wersję duńską.

[1] W Polsce do dystrybucji trafiły dwie wersje językowe: duńska i anglojęzyczna, w której podwójne tłumaczenie – z duńskiego oryginału na angielski i z angielskiego na polski – doprowadziło między innymi do zagubienia znaczeń i brzmień biblijnych tekstów, wypowiadanych przez bohaterów. Lepiej sięgnąć po wersję duńską.
[2] Te i następne cytaty za ścieżką dźwiękową filmu.
[3] P. Prigent, Ils ont filmé l’invisible. La transcendance au cinéma, Paris 2003, s. 16.
[4] J. Olszewski, Uczta Babette, [w:] M. Lis, A. Garbicz (red.), Światowa encyklopedia filmu religijnego, Kraków 2007, s. 560.
[5] M. Marczak, Poetyka filmu religijnego, Kraków 2000, s. 169.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...