Czy musimy się bać swojego rządu i parlamentu?

Są tacy, którzy twierdzą, że musimy. Tłumaczą mi, że strach przed władzą jest niezbędny, by istniał porządek społeczny. Mówią - władza winna być sprawowana w taki sposób, byś poczuł, że jest groźna. Inaczej będzie anarchia. I konsekwentnie twierdzą, że jeśli ci się jakieś decyzje władzy nie podobają, toś anarchista. Przegląd Powszechny, 5/2007




Są tacy, którzy twierdzą, że musimy. Tłumaczą mi, że strach przed władzą jest niezbędny, by istniał porządek społeczny. Mówią – władza winna być sprawowana w taki sposób, byś poczuł, że jest groźna. Inaczej – będzie anarchia. I konsekwentnie twierdzą, że jeśli ci się jakieś decyzje władzy nie podobają, toś anarchista (inaczej – polski warchoł). A na warchołów jedyna rada to siła, by zaczęli się bać władzy. Ci ludzie mówią, więc – masz się bać swojego rządu i swojego parlamentu. Gdy te instancje podejmą stosowne uchwały, nie dyskutuj, podporządkuj się, bo inaczej pokażą, gdzie jest twoje miejsce. Jeśli się nie będziesz ich bał – podobnie jak policji, to stoczysz się na pozycje aspołeczne a nawet antypaństwowe.
A znowu są też i tacy, którzy mówią mi inaczej. Twierdzą, że moim obowiązkiem społecznym jest głoszenie własnych opinii, jeśli wydają mi się słuszne, nawet wtedy, gdy są sprzeczne z zaleceniami władzy. Mówią mi nawet więcej, że na tym polega moja rola obywatela, że głoszenie poglądów sprzecznych z poglądami panującej większości nie jest anarchią czy działaniem antypaństwowym, lecz normą demokratyczną. A w pewnych sytuacjach przeciwdziałanie złym rozkazom władzy może być dla losów państwa zbawienne. Podzielam oba te sprzeczne poglądy. Boję się nieludzko swojego rządu, parlamentu, policji i absolutnie je szanując, myślę jednocześnie, że mam obowiązek się odezwać, gdy działania władzy są sprzeczne z moim instynktem (tu nasuwa się przymiotnik – obywatelskim, lecz wybieram inny o konotacjach historycznych) państwowym.

Odzywam się, więc – choć, jak przed chwilą przyznałem, w wielkim strachu – w sprawie nowej ustawy lustracyjnej, która weszła w życie od 15 marca. Ustawa ta zobowiązuje osoby publiczne urodzone przed 1 sierpnia 1972 r. do złożenia oświadczenia, że nie współpracowały z organami SB.

Wśród osób publicznych Ustawa wymienia również naukowców. Z tego płynie moje zainteresowanie jej treścią. Przeczytałem ją i na niedawnym spotkaniu administratorów nauki w punkcie obrad poświęconym tej sprawie, gdy pytano nas o komentarz, wywołany do tablicy, powiedziałem, co o wspomnianej Ustawie myślę.

Przede wszystkim, trudno mi pojąć, kto to jest „osoba publiczna”. Wiem, co to jest droga publiczna (definicje prawne są znane), wiem, co to jest łaźnia publiczna (definicja jest podana przy wejściu), co to jest kobieta publiczna (definicję podaje niejedno dzieło literackie). Ale „osoba publiczna”? Nijak nie mogę zrozumieć, co to znaczy. Przecież, by określić to pojęcie, chyba nie wystarczy – jak to robi ustawodawca – wprost arbitralnie zaliczyć do osób publicznych ludzi należących do określonych kategorii zawodowych. Zanim się powie „osoba publiczna” trzeba zdefiniować, co uznajemy za publiczną działalność. A to będzie trudne, bo w istocie w demokracji, każdy obywatel, korzystając ze swoich uprawnień (np. swobody wypowiedzi), może podjąć działalność publiczną i stać się „osobą publiczną” w pewnej chwili, by w następnej – przestać nią być. Każdy zabierający głos w debacie publicznej (choćby na forum internetowym) chyba w tym momencie jest osobą publiczną, a po odejściu od komputera, taką osobą być przestaje. Chyba osobą publiczną powinien wówczas być i uzdrawiacz gromadzący tłum na stadionie, np. w Chorzowie, i przekazujący publicznie swoje bioprądy zgromadzonym ludziom szukającym pomocy. A czy nie są osobami publicznymi bohaterowie „Zamkniętego Domu”, których zachowanie śledzą i komentują (i je niestety często naśladują) miliony?

I to znacznie ważniejszymi niż profesor czy adiunkt matematyki, którego myśl śledzi wąskie grono specjalistów. Ta „osoba publiczna” to chyba jakieś nowe pojęcie prawne i to rozciągliwe – a więc niejasne. To worek, do którego ustawodawca wpakował wszystkich wartych, by ich kontrolować. Tak naprawdę, gdy się formułuje takie nowe pojęcie prawne, to należałoby podać bliższą definicję zawierającą wyliczenie praw i obowiązków takiej osoby. A tu – w ustawie jest tylko prosty spis zawodów osób, którym się obowiązek lustracyjny narzuca, a o uprawnieniach – ani słowa. Ostrożnemu czytelnikowi Ustawy zdać się może, że ów spis zawodów zasadniczo obejmuje po prostu pewne pokolenie ludzi z wykształceniem wyższym czy szerzej – inteligentów. Jeśli tak jest, to zaczynamy rozumieć, skąd owe obliczenia dotyczące liczby osób poddanych lustracji wynoszące ok. 1 mln.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...