Rozmowa o Kościele

Kochać cały Kościół można jedynie wtedy, kiedy uda się nam spojrzeć na niego oczami Boga – Ojca i Stwórcy, kochającego swe stworzenie „mimo wszystko” Głos Karmelu 2/2009



Moi Drodzy, zadam pytanie z kategorii trudnych: czy można kochać Kościół, mając na uwadze różnego rodzaju bolesne karty z jego historii i teraźniejszości? Choćby sprawę akceptacji niewolnictwa, masowe nawracanie siłą w czasie konkwisty w Ameryce Południowej, antysemityzm, czy różne obyczajowe skandale?

Dorota Zabrzeska:Tak, trudno jest odpowiedzieć na to pytanie, bo przecież po ludzku nie sposób takich zbrodni wybaczyć – zwłaszcza, że dokonywane pod sztandarami ozdobionymi Chrystusowym Krzyżem, swoją przewrotnością zabijają nie tylko ciało, ale i ducha.
Kochać cały Kościół można jedynie wtedy, kiedy uda się nam spojrzeć na niego oczami Boga – Ojca i

Stwórcy, kochającego swe stworzenie „mimo wszystko”. Jeżeli – jak św. Jan od Krzyża – popatrzymy na Kościół oczami duszy rozmiłowanej, wtedy „moje są niebiosa i moja jest ziemia, moje są narody i moi grzesznicy i sprawiedliwi” – a więc mój jest cały Kościół, taki, jaki jest. Cierpię z powodu jego niegodziwości, ale go nie opuszczam, bo kocham Boga, którego dziełem i własnością jest Kościół. Nie mam innego. Nie zwalnia to jednak winowajców z odbywania ziemskich kar za ich przewinienia.

o. Grzegorz Firszt: Gdyby Kościół utożsamić z instytucją, którą skądinąd także jest, to pewnie odpowiedź na twoje pytanie brzmiałaby „nie”. I to wcale nie ze względu na grzechy Kościoła, ale najpierw i przede wszystkim dlatego, że instytucje, nawet bardzo szlachetne (a Kościół taką właśnie jest!), nie są od tego, by je kochać.

Skoro jednak zadajesz pytanie o miłość do Kościoła, to rozumiem, że zakłada to pełniejszą jego wizję. W istocie, Kościół już w Piśmie Świętym przedstawiony jest jako Mistyczne Ciało Chrystusa; Ciało, które ma swoją Głowę – Jezusa Chrystusa i członki – nas wszystkich, chrześcijan. Zatem miłość do Kościoła to miłość do Jezusa Chrystusa i zarazem do ludzi. Jakże więc można nie kochać Kościoła? – chciałoby się odwrócić pytanie. I jeszcze: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień”.

Wydaje się, że problem z miłością do Kościoła pojawi się tam, gdzie spłyci się więź z Bogiem. Człowiek przestaje patrzeć wtedy na świat (i na Kościół) tak, jak patrzy Bóg; zaczyna postrzegać rzeczywistość na miarę swoich możliwości i wyciągać wnioski. Z drugiej strony nie należy bagatelizować zła w Kościele. Ciągle istnieje niebezpieczeństwo „zgorszenia maluczkich”, czyli złamania, czy przynajmniej osłabienia, wiary ludzi słabszych poprzez zły przykład.

Sobór Watykański II określił Kościół mianem wspólnoty Ludu Bożego. Jak ta prawda ma się do przeżywania przez nas tej tajemnicy? Czy Polacy mają autentycznie świadomość przynależności do owej wspólnoty? Na ile pomaga im to odkrywać wspólne powołanie do świętości realizowane w dialogu z innymi, a nie jako indywidualna wspinaczka na szczyt doskonałości?

D. Z.: Przyznam, że nie czuję się osobą kompetentną, aby określić, na ile Kościół w Polsce ma świadomość, iż jesteśmy wspólnotą Ludu Bożego – a przede wszystkim kto dla nas, przeciętnych Polaków, jest Ludem Bożym. Odpowiedź na to pytanie uzależniona jest pewnie od miejsca w Kościele, w jakim znajduje się odpowiadający.

Z „mojego miejsca” wygląda to tak, że istnieje świadoma część polskiego Kościoła, również laikatu, obejmująca także sporą grupę młodzieży, dla której udział w Kościele rozumianym właśnie jako wspólnota ochrzczonych jest dialogiem i poszukiwaniem współbrzmienia z innymi. Są też grupy przekonane o własnej nieomylności, niedopuszczające dyskusji i nieprzyznające się do błędów.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama