Ich posługa to bycie

Wtedy wkraczają oni – ksiądz, wolontariusze i pielęgniarki z poznańskiego Hospicjum Domowego św. Jana Kantego. Od tego momentu są do dyspozycji umierającego o każdej porze dnia i nocy, do ostatnich dni, „ucząc śmierci” nie tylko konających, ich rodziny, ale i siebie samych... Przewodnik Katolicki, 11 lutego 2007




Czas wypisu ze szpitala dla chorego i jego rodziny jest jak wyrok. Wtedy wkraczają oni – ksiądz, wolontariusze i pielęgniarki z poznańskiego Hospicjum Domowego św. Jana Kantego. Od tego momentu są do dyspozycji umierającego o każdej porze dnia i nocy, do ostatnich dni, „ucząc śmierci” nie tylko konających, ich rodziny, ale i siebie samych...

Myśl o powołaniu hospicjum zrodziła się w poznańskim szpitalu przy ul. Przybyszewskiego 22 lata temu. – Służba zdrowia była atakowana za to, że „bez płacenia” niczego nie można dostać. My postanowiliśmy zrobić coś innego – wspomina Jolanta Ruszkowska, założycielka hospicjum. Wraz z kilkorgiem osób zwróciła się ze swoim pomysłem do ks. Ryszarda Mikołajczaka, który wtedy zajmował się niepełnosprawnymi. Kapłan pomysł podchwycił i zgodził się poprowadzić dzieło. – To zaczynało się w tym budynku, piętro niżej – mówi. Dlaczego Jan Kanty? Bo to jest przedłużenie jego działalności sprzed wieków. – Dzięki niemu wiemy co robić, nie musimy szukać jakichś nowych programów – przekonuje ks. Ryszard.

A posługa hospicjum nie jest lekka. Około czterdziestu wolontariuszy medycznych (lekarze i pielęgniarki) i niemedycznych, a także ksiądz zajmują się osobami z chorobą nowotworową, której nie można już leczyć. Bezinteresownie niosą im pomoc, zjawiają się w ich domach na każdą prośbę. Po co? – Ciężko chory nie może zostać w domu sam. A przecież rodzina musi iść do pracy, dzieci do szkoły. Ponadto nawet średnio zamożnych po prostu nie stać, by opłacać opiekę w ciągu dnia – wyjaśnia siostra Irena, wolontariuszka. Często też rodzina nie chce oddać chorego po raz kolejny do szpitala, bo jak mówi wolontariuszka Urszula, „chce mieć go w tych ostatnich chwilach przy sobie”.

Zaczyna się od wypisu

Opieka hospicyjna to nie tylko „posługiwanie z podsuwaczem”, ale też, a może przede wszystkim, bycie z cierpiącym, które zaczyna się na krótko przed wypisem ze szpitala. – Wtedy chorzy są już świadomi swego stanu i wiedzą o tym, że za chwilę będzie bardzo konkretny kłopot dla nieprzygotowanej na tę sytuację rodziny – mówi ks. Mikołajczak. – Cały ten moment zawstydzenia, trudności, niestwarzania sobą problemów najbliższym jest bardzo wielkim cierpieniem tego człowieka – czuje się jak zastraszony królik. Wtedy wraz z zespołem dyżurnym wkraczamy my – dodaje. Ta sytuacja daje choremu i jego rodzinie pewność, że nie jest wstydem, kiedy proszą o pomoc następnego dnia. – Oni zasmakowali bardzo ważnego „bycia” w godzinie ich potrzeby, chcą „bycia” kontynuowanego, które jednoczy – zauważa ks. Ryszard.

To „bycie” przynosi wymierne korzyści umierającym. Czerpią z niego radość i siłę, które – jak mówi wolontariuszka Basia – promieniują z chorego, mimo jego cierpienia. – Doświadczyłam tego, opiekując się dwoma osobami, a miałam jak na razie trzech podopiecznych, czyli sprawdza się to w 66 proc. – przyznaje ze śmiechem.
«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...