Deficyt błogosławionej winy

Warunkiem nawrócenia jest dostrzeżenie własnej grzeszności, ale by uznać się za grzesznika, niezbędne jest poczucie grzechu. Tygodnik Powszechny, 9 marca 2008



Nie negując wartości tych zaradczych środków, nie wydaje się, by mogły one wystarczyć. Niezmienne zasady same z siebie funkcjonują w sferze abstrakcyjnej – można się do nich coraz bardziej rozumowo przekonywać, ale nawet najlepsze argumenty nie przywrócą automatycznie poczucia grzechu. Niszczącej siły grzechu najpierw musimy doświadczyć, by ewentualnie potem móc ją zrozumieć. Nie wystarczy trafnie wypowiadać prawdę, ona sama musi w naszym życiu przemówić.

Dotyczy to także odwoływania się do Magisterium Kościoła. Kryzys duchowy, który trapi współczesnego człowieka, przejawia się również w kryzysie autorytetu. Na dobrą sprawę nie wiadomo, od czego powinniśmy zacząć i co jest trudniejsze: przezwyciężenie nieufności wobec autorytetów czy przywrócenie właściwego poczucia grzechu? Nasz kłopot z instytucją Kościoła czy niewrażliwość i niepewność sumienia? Może się zdarzyć, że zamiast rozwijać w sobie wrażliwość na grzech, będziemy dreptać w kółko, skupiając się na werbalnych deklaracjach i powierzchownych przeżyciach, albo, co gorsza, doświadczymy utraty moralnej samodzielności (jeśli autorytet Magisterium narzucimy sobie zbyt bezmyślnie). Przy okazji powinniśmy pamiętać, że Kościół, rozumiany jako wspólnota wiary, zaspokaja wiele potrzeb – nie tylko potrzebę zbawienia, dla której został powołany, także potrzebę bezpieczeństwa, religijnego kultu, kulturowej tożsamości, zakorzenienia w tradycji. Wszystkie one, jako potrzeby naturalne, narzucają się silniej niż enigmatyczna potrzeba zbawienia i mogą być z nią mylone.

Co zatem zdoła przywrócić nam poczucie grzechu, a w konsekwencji wyzwoli autentyczne pragnienie zbawienia?



Sytuacje graniczne


Jak się wydaje, powierzchowność religijności przełamać może jedynie głębokie przeżycie, które prześwietli nasze życie i uporządkuje powszednie doświadczenia. Takie przeżycie nie jest częste ani dostępne na zawołanie. Jego fundamentalną (paradygmatyczną) rolę ukazać można odwołując się do analogii.

Język wiary pozwala zinterpretować rzeczywistość w nowy sposób – pod warunkiem, że religijne słowa odnajdą swoje odniesienie w codziennym doświadczeniu. Podobnie jest z językiem etyki: on także we właściwy sobie sposób interpretuje nasze życie, ukazując jego ważny wymiar. Każdy nasz świadomy czyn, zamiar czy motyw ma wymiar moralny, gdyż podejmowany jest przez wolną i rozumną osobę. Na co dzień tego jednak nie doświadczamy. Nie musimy bez przerwy powoływać się na język etyki. Zwykle nie dlatego jesteśmy np. prawdomówni, że tak się godzi. Mamy wiele bliższych życiu i praktyczniejszych powodów: choćby konieczność skutecznej komunikacji, troskę o dobre relacje z innymi, lęk przed społeczną dezaprobatą. Prawdomówność umożliwia zaspokajanie różnych potrzeb i w dłuższej perspektywie nam się po prostu opłaca. W pewnych jednak sytuacjach wszystkie te dobre racje przestają wystarczać. Tak się dzieje, gdy np. przymuszani jesteśmy groźbą, szantażem czy obietnicami do dania fałszywego świadectwa przeciwko bliźniemu. Wiemy, że prawdomówność wiele nas będzie kosztować. Dopiero doświadczając takich dylematów, zaczynamy zdawać sobie sprawę, czym jest prawość, której prawdomówność jest częścią, i jakie ma ona znaczenie dla naszego człowieczeństwa. Dopiero wtedy wymiar moralny ujawnia się w pełni jako ostateczna racja naszych działań i motywów, a sam język etyki – jako niezbędne narzędzie dopełniające opis rzeczywistości.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama