Joint venture z Bogiem

Tygodnik Powszechny 31/2010 Tygodnik Powszechny 31/2010

Cierpimy dzisiaj w Kościele na manko duchowego kapitału. Ale czy gdybyśmy mogli sformułować życzenie, prosilibyśmy o wiarę?

 

 

W „Pamiętniku wiejskiego proboszcza” Georges Bernanos wkłada choremu księdzu w usta słowa: „Nie, ja nie straciłem wiary. Wyrażenie »stracić wiarę«, jak gubi się portmonetkę z pieniędzmi lub pęk kluczy, zawsze wydawało mi się dość nierozumne i prymitywne... Wiary się nie traci, lecz ona przestaje nadawać życiu kształt. I to jest wszystko”.

Co się wtedy dzieje? Nic dramatycznego, jest to pełzający proces.

Na szerokiej fali

Na naszej wierze niepostrzeżenie kładzie się pył, wyziębia się pod wpływem zapomnienia, zobojętnienia. Pierwsza miłość ulega ochłodzeniu, wiara staje się letnia. W mój stan wiary zaczynam już tylko wierzyć.

Fenomen ten obserwujemy dziś jeszcze silniej – w epoce istnej eksplozji religijnych wierzeń fala wiary znajduje się w stadium odpływu. Wielu z nas odczuwa to na własnym ciele i pyta: czy moja wiara wystarczy, by ostać się w XXI wieku? Czy będę wierzyć na tyle wystarczająco, żeby się nią dzielić? Czy poniesie mnie w kryzysach mojego życia?

Jakże pragnąłbym wierzyć jak dawniej, jak moi dziadkowie, jak ów ciężko chory, który żywi nadzieję i w pełnej świadomości żegna się z życiem, jak owe kobiety w gronie Jezusa, jak...

Są dni, że wierzy się łatwiej: w wielkie święta, w dobrym nastroju, wśród swoich, z którymi łączą nas te same przekonania. Wtedy człowiek płynie na szerokiej fali wiary. Wówczas czuję się tak silny, jakby wiara była „dziecinną zabawą”. Wiara jest wprawdzie darem nade wszystko, ale istnieją jej wyże i niże. Ta silnie ugruntowana wiara może jednak obniżać swój lot dokładnie tak samo jak miłość i zaufanie, jak wino na weselu w Kanie. Czy w czasach odpływu można ściągnąć, jak z beczki wino, łyk wiary od kogoś, kto wierzy „więcej” – jak owa niewiasta, która do Jezusa skrada się z tyłu i przez przelotne dotknięcie Jego szaty kieruje na siebie cudowny przepływ Jego energii? Czy pewnego dnia do Jezusa nie będą mnie wlekli ludzie, których wiara jest bardziej nośna od mojej wiary bezwładnej?

Pozwólmy napełnić się zbawczym lękiem w kwestii ograniczonego „zasobu” wiary – i takie doświadczenie może stać się głębokim przeżyciem duchowym.

Apostolski akt strzelisty

Nic, co ludzkie, nie jest obce Kościołowi czasów apostolskich. Oto stoją przed Jezusem ważni mężowie i z góry wyprzedzają naszą często nieukrywaną prośbę; unisono, czyli jednogłośnie mają tylko jedną prośbę: „Prosthés!” (Łk 17, 5). Jak przetłumaczymy ten grecki zwrot? Dodaj nam wiary, daj nam nieco więcej wiary! Dodaj coś do naszej wiary! Daj nam wiarę! Użycz nam tej życiowej siły! Albo: „Przymnóż nam wiary!”, jak słowa te przekłada Biblia Tysiąclecia.

Zwróćmy uwagę – proszący nie są już więcej prostymi „uczniami”. Łukasz określa ich teraz jako Apostołów, czyli „pion kierowniczy”, jako sztab ludzi przewodniczących na zgromadzeniach modlitwy i jako multiplikatorów jutra. Silne to ugrupowanie operacyjne odprawia w obecności Jezusa swego rodzaju błagalne nabożeństwo. Nie jest to egoistyczne zatroskanie o własne zbawienie, żadna zacięta wola zwycięstwa atletów, którzy za wszelką cenę pragną stanąć na podium.

Godny uznania jest fakt, że Kościół zabiega nie tylko o trwałość swych struktur, o finansowe zaplecze i wpływy, lecz rejestruje sejsmograficznie: cierpimy na manko duchowego kapitału. Mówi ktoś: chętnie wyrywałbym drzewa z korzeniami i w mojej parafii pozmieniał wszystko, co tylko możliwe, lecz nie mam pod nogami gruntu do odbicia się, brak mi długiego oddechu. Czy Ty, Panie, nam wystarczysz? Czy możemy się pokazać z Twoją skromnością, z naszą krztą wiary? Rzadko Kościół jest tak jednozgodny jak wówczas, gdy czuje swój deficyt i staje przed Panem z kompletem swych braków. Gdybyśmy mogli sformułować trzy życzenia, nie, tylko jedno: czy prosilibyśmy o wiarę? Przed Panem stoimy z pustymi rękoma, ogołoceni. Wtrąćmy nawiasem: biblijnie nagość może być niesłychanym przywilejem. Rajskie opowiadanie (Rdz 2, 25) zamykają słowa, że ludzie przed sobą nadzy nie odczuwają żadnego skrępowania; ich zaufanie i miłość nie potrzebują żadnej osłony. To jest jeden sposób życia. Może być jednak i tak, że ludzie nauczyli się wstydzenia tego, czym są – wtedy mamy świat takim, jaki znamy.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama