Jak Prymas stał się autorytetem

Niedziela 6/2011 Niedziela 6/2011

Karol Wojtyła tworzył ze Stefanem Wyszyńskim swoisty tandem, działali ręka w rękę, służąc Kościołowi i Polsce. Jak sam Jan Paweł II później powiedział, nie byłoby tego Papieża Polaka na Stolicy Piotrowej, gdyby nie było Prymasa Wyszyńskiego, jego niezłomnej wiary i mocy

 

– Czy to był błąd Prymasa?

– Wtedy, na przełomie lat 1965 i 1966, wielu tak uważało, ja chyba też, choć prawdę powiedziawszy, nie pamiętam już swej reakcji, ale chyba jakieś wątpliwości miałem. Dziś jednak patrzę na to inaczej. Powiedziałbym raczej, że była to błogosławiona wina. Prymas nie wyczuł może nastrojów społecznych, z pewnością też wyprzedził ducha swojej epoki, intencje jednak miał słuszne. Potem zresztą dosyć szybko jego autorytet znów zaczął wzrastać. W latach 70. zaś był już na tyle ugruntowany, że Prymas, gdyby tylko chciał, mógłby spokojnie powiedzieć o sobie: „Kościół katolicki to ja”. Tak też był postrzegany na świecie.

– Z czego to wynikało?

– Prymas uosabiał polski Kościół, był jego liderem. I w ten właśnie sposób go traktowano. Poza tym, może wbrew temu, co nieraz twierdziła ówczesna propaganda rządowa, nigdy nie pozwalał sobie za granicą na krytykę władz komunistycznych. Powtarzał, że „zły to ptak, co własne gniazdo kala”, i jeśli krytykował jakieś posunięcia rządu, to wyłącznie na gruncie krajowym. Za granicą, np. w Rzymie, albo w ogóle nie wypowiadał się na drażliwe tematy, albo – jeśli już musiał podjąć takie zagadnienie – robił to w sposób bardzo umiarkowany, godny i tak, żeby nikogo nie urazić.

– Tak było również w Stolicy Apostolskiej, kiedy nie wyłączano go z negocjacji dyplomatycznych. Prymas miał mocną pozycję w Watykanie, a z jego głosem się liczono. Kiedy było to najbardziej widoczne?

– Chociażby za pontyfikatu Pawła VI, który prowadził politykę wschodnią, tzw. Ostpolitik. Toczyły się wówczas rozmowy Stolicy Apostolskiej z Jugosławią i Węgrami, zakończone podpisaniem odpowiednich porozumień. Odbyło się to jednak ponad głowami tamtejszych biskupów. Tymczasem Prymas na tego typu działania się nie zgadzał, z całą mocą podkreślał, że w takich kontaktach musi brać udział polski Episkopat. I w Polsce wszelkie rozmowy delegacji watykańskiej uwzględniały zawsze Prymasa i biskupów. Także papież Paweł VI darzył kard. Wyszyńskiego ogromnym szacunkiem.

– Mimo że musiał go nakłaniać do wprowadzania w Polsce reform soborowych…

– Rzeczywiście, Prymas nieco hamował reformy Vaticanum II w Polsce. Tłumaczył, że w niektórych Kościołach lokalnych dochodziło do pewnych nadużyć, że episkopaty same dokonywały tłumaczeń dokumentów na języki narodowe, przez co pojawiały się nieścisłości. Prymas bał się też, że ludzi zrażą nowe obrzędy.

– Wróćmy jednak do autorytetu Prymasa. Budowały go również kazania. Modne było „chodzenie na Wyszyńskiego”.

– Kazania te cieszyły się ogromną popularnością, sam na nie często chodziłem: do katedry warszawskiej, do kościoła Świętego Krzyża czy do św. Anny. Tych kazań bardzo dobrze się słuchało, Prymas mówił wyraźnym, choć niezbyt donośnym głosem i zawsze z ambony, przeważnie z pamięci, na kartkach miał zanotowane jedynie cytaty, głównie biblijne. Zakładał wówczas okulary i czytał te teksty bez zmian. Nie wiem dlaczego, ale to robiło na słuchaczach wrażenie. Podobnie jak jego stałe rozpoczynanie kazań od słów: „Umiłowane dzieci Boże, dzieci moje...”.

– Dochodzimy do roku 1978 i do wyboru papieża Polaka. Wtedy świat widzi nie jednego Polaka, lecz dwóch: Wojtyłę i Wyszyńskiego. Co więcej, nowo wybrany Ojciec Święty wstaje z tronu, klęka i całuje w rękę Prymasa…

– Tak, wtedy, w wyniku tamtego konklawe, świat ujrzał dwa wielkie autorytety polskiego Kościoła.

– Czy prawdą jest zatem, że nie byłoby polskiego Papieża bez polskiego Prymasa?

– Na pewno tak, chociaż trzeba pamiętać, że i kard. Wyszyński, oprócz tego, że odegrał bardzo ważną rolę na konklawe, sam był brany pod uwagę jako kandydat na papieża. I to już po śmierci Pawła VI w sierpniu 1978 r. Mówiło się wtedy, że jego następcą może zostać nie Włoch, ale właśnie Polak, a jeśli tak, to było oczywiste, że chodzi o Wyszyńskiego. Ja sam uważałem, że kard. Wojtyła nie ma szans, gdyż sądziłem, że poza Polską jest zupełnie nieznany. Podobnie było po śmierci Jana Pawła I. Po wyborze metropolity krakowskiego na świecie mówiono, że był to wyraz uznania dla Kościoła w Polsce, a także – i może nawet przede wszystkim – dla kard. Wyszyńskiego.

– Dlatego spełnieniem życia Prymasa Tysiąclecia była pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski, czy tak?

– Tak! Był to wielki triumf kard. Wyszyńskiego, który niczym ewangeliczny starzec Symeon mógł powiedzieć, że może już odejść, gdyż doświadczył tak wielkich wydarzeń w swoim życiu. I umarł – jako niekoronowany król Polski, jako wielki Prymas i wielki Polak, o ogromnym narodowym autorytecie.

Pamiętam moment, gdy radiowa Jedynka podała wiadomość o śmierci Prymasa. Był poranek 28 maja 1981 r. Nagle z eteru rozległy się słowa: „Biuro Prasowe Episkopatu Polski podało wiadomość, że zmarł kard. Stefan Wyszyński, Prymas Polski…”. I zrobiła się cisza w eterze. Przez kilka sekund trwała przerwa w programie. A kilka sekund ciszy w radiu to niemal wieczność. Ta cisza mówiła sama za siebie.

Z Krzysztofem Gołębiowskim rozmawiała Milena Kindziuk

 

Krzysztof Gołębiowski - Dziennikarz Katolickiej Agencji Informacyjnej, autor książek religijnych, tłumacz, 6 stycznia br. odznaczony przez kard. Kazimierza Nycza medalem za zasługi dla Kościoła. Rocznik 1946.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama