Wspólne dzieje Jana Pawła II i Josepha Ratzingera

Przewodnik Katolicki 18/2011 Przewodnik Katolicki 18/2011

Kiedy przed sześcioma laty umierał Jan Paweł II, mieliśmy wrażenie, że żegnamy się z wielkim papieżem. Wielu mówiło to całkiem otwarcie: Jan Paweł II Wielki. Jak starożytni Grzegorz czy Leon... Dziś możemy to już postrzegać inaczej. Zyskaliśmy bowiem nowy punkt odniesienia.

 

Poznaliśmy nowego papieża, który również jest dla nas wielki. Również obala mury. Już nie komunizmu, lecz wrogości i uprzedzeń. Wystarczy przypomnieć podróże do laickiej Francji, ateistycznych Czech czy antypapieskiej Wielkiej Brytanii. Niewytłumaczalne wprost osiągnięcia papieża, o którym się przecież mówiło, że w przeciwieństwie do swego poprzednika nie ma charyzmy.

Osobliwym świadectwem jego wielkości jest również kampania nienawiści, która od kilku lat z całym impetem próbuje zniszczyć Benedykta XVI. Słowem, przeciwnik już się na nim poznał.

Punkt odniesienia

Ale ta wielkość Benedykta XVI nie podważa wielkości jego poprzednika. Przeciwnie, Joseph Ratzinger jako swoisty punkt odniesienia pomaga nam ją właściwie zrozumieć. Jan Paweł II był wielki, bo był papieżem i był dobrym papieżem, który w pełni przyjął tę misję od Pana Boga. Papieże po prostu już to do siebie mają, że są wielcy, jeśli tylko naprawdę żyją swoim powołaniem. To właśnie bycie papieżem czyni ich wielkimi. To jest po prostu pewien dar od Pana Boga, pewien autorytet. Jeśli go przyjmą i żyją nim, to on z nich emanuje. Tak było z Karolem Wojtyłą, tak jest dziś z Josephem Ratzingerem. Podobne wrażenie robił też prawdopodobnie Paweł VI. Wielu z nas w ogóle nie znało tego papieża. I dlatego Jan  Paweł II robił na nas tak wyjątkowe, niepowtarzalne wrażenie… Był pierwszym znanym nam wielkim papieżem.

Fatimska tajemnica

Karola Wojtyłę i Josepha Ratzingera połączyło też szczególne miejsce w planach Opatrzności ujawnionych przez Maryję w Fatimie. Kiedy przed zaledwie 11 laty Jan Paweł II zdecydował się na ujawnienie trzeciej tajemnicy fatimskiej, dla wszystkich było jasne, że postacią udręczonego papieża nie może być nikt inny jak tylko Jan  Paweł II. Wydawało się, że kiedy runął komunizm, najgorsze Kościół ma już za sobą. Tak myślał sam Joseph Ratzinger, który w imieniu Jana Pawła II wyjaśniał wówczas sens trzeciej tajemnicy. Jednak 10 lat później, kiedy już jako papież odwiedzał Fatimę, musiał przyznać, że sens ujawnionych tam przez Maryję wizji bynajmniej się nie wyczerpał. Na świecie nasilają się antychrześcijańskie prześladowania, a sam Ojciec Święty stał się przedmiotem zmasowanych ataków. Ale jeśli i on jest owym na biało ubranym biskupem z wizji fatimskiej, to konsekwentnie również do niego odnoszą się pełne nadziei słowa Maryi: na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje.

Na soborze: razem, ale osobno

Wróćmy jednak do wspólnej historii tych dwóch wielkich ludzi. Po raz pierwszy połączył ich Sobór Watykański II. Nie znali się jeszcze wtedy. Młody prof. Ratzinger był wówczas teologicznym doradcą bardzo wpływowego arcybiskupa Kolonii kard. Josepha Fringsa. Należy pamiętać, że niemieccy biskupi odegrali na soborze rolę niepoślednią. Dzięki bogatemu zapleczu i doskonałej organizacji to oni przejęli inicjatywę obrad. Soborowe dokumenty powstawały w istocie pod ich dyktando. Do tego stopnia, że o. Ralph M. Wiltgen SVD, autor jednej z najważniejszych historii soboru, nie zawahał się jej zatytułować: „Ren wpada do Tybru”.

Joseph Ratzinger był jednym z elementów tej wielkiej niemieckiej machiny na soborze. Karol Wojtyła był natomiast jednym z nielicznych polskich biskupów, którym pozwolono wyjechać w owym czasie do Rzymu. Wniósł skromny wkład w powstanie Konstytucji o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes.

Choć obaj uczestniczyli w soborze, nie poznali się jeszcze osobiście. W 1974 r. zaczęli już jednak ze sobą korespondować i wymieniać książki. Spotkali się później i od razu przypadli sobie do gustu. „Połączyła nas przede wszystkim jego wolna od wszelkiego komplikowania bezpośredniość i otwartość, a także emanująca od niego serdeczność. Było tu poczucie humoru, wyraźnie wyczuwalna pobożność, w której nie ma nic przybranego, nic zewnętrznego. (...) To duchowe bogactwo, także radość z rozmowy i wymiany myśli – dzięki temu wszystkiemu od razu poczułem do papieża sympatię” – wspominał później kard. Ratzinger.

Głosujcie na Wojtyłę

W roku 1978, pamiętnym roku dwóch konklawe, już obaj byli kardynałami. Rok wcześniej Paweł VI mianował Josepha Ratzingera arcybiskupem Monachium-Fryzyngi i zaraz potem włączył go do Kolegium Kardynalskiego. Niespodziewane odejście Jana Pawła I wstrząsnęło purpuratami. Zapewne niejeden musiał się pytać w sumieniu, czy tak szybka śmierć nowego papieża nie świadczy przypadkiem o złym odczytaniu woli Bożej. Dzięki niedyskretności uczestników drugiego konklawe dowiadujemy się, że kard. Ratzinger odegrał pewną rolę w wyborze Karola Wojtyły. Niektórzy twierdzą wręcz, że istotną. To on bowiem miał przekonać do młodego Polaka kardynałów z Niemiec. Swoją drogą Jan Paweł II nie pozostał mu dłużny. Jeszcze za życia lobbował za Ratzingerem. Jak to możliwe? W Tryptyku rzymskim mówił przecież wyraźnie, by na jego następcę wybrać tego, którego Bóg wskaże!

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama