Artysta z variétés

Niedziela Niedziela
30/2011

Już w średniej szkole muzycznej w Krakowie wróżono mu wielką, wirtuozowską, karierę. Był jednym z najbardziej utalentowanych uczniów. Kiedy został studentem prof. Zbigniewa Drzewieckiego w warszawskim Konserwatorium, znawcy przedmiotu uważali, że niebawem zostanie zwycięzcą jednego z Konkursów Chopinowskich. On jednak wybrał muzykę rozrywkową. Bo – jak sam przyznawał – nudziły go wielogodzinne, monotonne ćwiczenia

 

Wacław Kisielewski wszedł do encyklopedii światowej muzyki rozrywkowej z duetem „Marek i Wacek”, który stworzył z Markiem Tomaszewskim. Nagrali 24 płyty. Przez ponad dwadzieścia lat dali około tysiąca koncertów. W Polsce, Europie, USA. Najbardziej jednak lubiani byli w Niemczech. Na ich koncerty trzeba było rezerwować bilety z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Zdolny rysownik, pożeracz książek

Nieco chorowity. Urodzony w 1943 r., jako niemowlę zesłany z matką na roboty do Niemiec. Chory na płuca i żołądek, kurowany przez lata, upominany przez rodzinę, by się porządnie prowadził, bo przecież „chorobami nadwątlony”. Entuzjasta gry w „Zośkę”. Od lat dziecięcych kibic, razem z ojcem chodził w Krakowie na zawody, szczególnie lekkiej atletyki i piłki nożnej. Zdolny rysownik, który nigdy nie rozwinął swojego talentu, wybierając muzykę. Pozostawił rysunki. Trochę na papierze. Kilka na ścianie swojego licealnego i studenckiego pokoju. Najwięcej w pamięci rodzeństwa: siostry Krystyny, zwłaszcza zaś brata Jerzego. Pożeracz książek. Znał na pamięć „Trylogię” i potrafił ją w dowolnych fragmentach cytować. Wielbiciel Dostojewskiego, szczególnie jednak literatury amerykańskiej: Steinbecka, Caldwella, Hemingwaya. Niezrównany polemista. W dorosłości zafascynowany polityką. Zakochany w Polsce, rodzicach i rodzeństwie. Trochę utracjusz. Później hazardzista.

Wybrał muzykę

Wacek już od podstawowej szkoły muzycznej był zafascynowany zabronionym w Polsce lat czterdziestych i pięćdziesiątych jazzem. Wsłuchany w radiowe audycje jazzowe Louisa Conovera transmitowane przez amerykańskie radio „Głos Ameryki”, wchłaniał atmosferę zadymionych knajpek, położonych między rzeźnią a domami publicznymi murzyńskiej dzielnicy Harlem, i trudny do opisania klimat towarzyszący swingującym z amerykańskich przedmieść. Jako uczeń średniej szkoły muzycznej, ku zgrozie nauczycieli, właśnie z jazzem i swingiem „próbował się” w krakowskich klubach: „Helikon”, „Pod Jaszczurami”, „Piwnica pod Baranami”. Pierwszy koncert Wacek dał, jak przypomina sobie jego młodszy brat Jerzy, jako trzynastolatek, na balu pocztowców, za co dostał burę od ciotki, że nie uprzedził ani rodziców, ani jej, iż nie tylko nie wróci do domu przed dziesiątą, ale co gorsza... wróci tuż nad ranem.

– Jeszcze jako licealista przyszedł kiedyś do domu pod szczególnym wrażeniem gry pewnego chłopaka, którego usłyszał chyba w „Piwnicy...” albo w innym klubie – opowiada Jerzy Kisielewski. – Mówił mi: „Słuchaj, jaki biedny ten chłopak! Nie ma gdzie mieszkać, śpi na fortepianie, ale jak gra! Nazywa się jakoś tak... Matyszkowicz”. W rzeczywistości owym „biednym chłopakiem” był Adam Makowicz, jeden z najwybitniejszych polskich pianistów jazzowych. Od tego też czasu Wacek pilnie śledził jego karierę i zawsze wysoko cenił jego grę.

Krakowskie wspomnienia

Rodzice Wacka, Lidia i Stefan Kisielewscy, po drugiej wojnie światowej zamieszkali w krakowskim Domu Literata na Krupniczej, „opanowanym” głównie przez środowisko pisarzy, publicystów, aktorów. Tu dzieci Kisielewskich niejeden raz ratowały z opresji Ludwika Flaszena, którego żona, idąc do pracy, zamykała w ubikacji, żeby nie wychodził na miasto, lecz „tworzył swe socrealistyczne dzieła”. A oni przystawiali drabinę do maleńkiego okienka, przez które wychodził blisko trzydziestoletni Flaszen i grał z dzieciakami w piłkę. Kiedy zaś zbliżała się pora powrotu jego żony z pracy, wracał po drabinie do swojej więziennej ubikacji. Kiedy indziej znów wspomagali jakimś odzieniem poetę Ildefonsa Gałczyńskiego, gdy jego żona chowała mu ubranie, żeby nie zatracał swego talentu w pobliskim barze. Na Krupniczej witali też słowami: „Szczęść Boże!” ks. Karola Wojtyłę, który odwiedzał swych przyjaciół z wadowickiej szkoły średniej, państwa Kwiatkowskich. A przed wyjazdem przyszłego papieża na pierwsze watykańskie stypendium uczestniczyli w chrzcie chorowitej Moniki Kwiatkowskiej, której nie dawano wiele dni życia. Przeżyła. – Do domowej legendy przeszła też opowieść, jak to siedmioletni Wacek z powagą mówił kolegom o moich urodzinach – podkreśla brat Jerzy. – Urodziłem się w domu i Wacek mówił kolegom z dumą o odkryciu tajemnicy narodzenia: „Słuchajcie, wychodzę rano do szkoły: dziecka nie ma. Przychodzę ze szkoły: dziecko jest”.

– Wacek wobec mnie nie był już taki romantyczny. Kiedy się urodziłam, miał trzy lata i chciał mnie udusić. Zapytał mamę: „A co by było, gdybym ją udusił?”. Mama bardzo się wtedy przestraszyła i przez dobre kilka lat już go nie zostawiała ze mną sam na sam – opowiada siostra, romanistka i tłumaczka Krystyna Kisielewska-Sławińska.

– Jako dzieciak byłem wpatrzony w ojca i Wacka – mówi Jerzy Kisielewski. – Chodziliśmy na jego szkolne koncerty i z dumą łykaliśmy każdą pochwałę pod adresem Wacka. Nigdy nie zapomnę, jak grał w szkolnej orkiestrze na trójkącie, bo nie było fortepianu. Ćwiczył z entuzjazmem ten swój fragment w domu i bardzo to przeżywaliśmy. Nigdy też nie zapomnę, jak sekundowałem Wackowi, kiedy jako trzynastolatek chodził za mamą chyba z tydzień, prosząc, żeby mu pozwoliła pojechać na pierwszy festiwal jazzowy do Sopotu. Tyrmand miał się nim opiekować. Mama martwiła się, że Tyrmand nie będzie miał czasu i zostawi Wacka na pastwę losu. A dla Wacka perspektywa, że nie będzie mógł pojechać na festiwal jazzowy, była czymś niewyobrażalnym. W końcu pojechał.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama