Seminarium jest drogą

eSPe 105/2/2014 eSPe 105/2/2014

O potwierdzaniu powołania na poszczególnych etapach seminaryjnej formacji, a także o wychodzeniu z seminarium mówi bp Grzegorz Ryś, rektor krakowskiego seminarium w latach 2007-2011.

 

A jak jest z wyjściem z seminarium? Pamiętam, jak w rodzinnej Trzebnicy chodziłem do klasztoru sióstr boromeuszek. Z zewnątrz nie było klamki tylko miejsce na specjalny klucz. Kto go nie miał – musiał dzwonić. Ale od wewnętrznej strony wszędzie były klamki. Siostry mówiły, że wejść do klasztoru jest dość trudno, ale z wyjściem nie ma żadnego problemu.

W seminarium też tak jest (śmiech). Ale każdy obraz coś pokazuje, a coś zakrywa. Niemal na każdym etapie formacji człowiek ma stawiane pytanie: czy chcesz iść dalej? Nierzadko zdarza się, że rozeznanie odpowiedzialnych za jego formację – ojca duchownego, spowiednika, przełożonych – każe mu się zastanowić. Nieraz sugerowana jest przerwa, a nieraz wychodzą pewne braki w formacji ludzkiej, których nie da się uzupełnić w seminarium. Po wykonaniu pewnej pracy, uzupełnieniu tych braków jest możliwość powrotu.

W seminarium nikogo nie trzyma się na siłę. Ale jako rektor zawsze mówiłem klerykom, że dopóki nie mają pewności, że są wołani gdzie indziej, to żeby tak łatwo nie rezygnowali. Mieli przecież przekonanie, że zostali powołani na tę drogę. Człowiek nie działa z wątpliwym sumieniem. Trzeba uzyskać moralną pewność co do następnego kroku. Jeśli przychodził do mnie kleryk, który sam mówił o swoich problemach i wątpliwościach, to wiedziałem, że mam do czynienia z kimś poważnym. Że on nie idzie do kapłaństwa na zasadzie „owczego pędu”, ale przychodzi po pomoc w rozeznaniu.

Nikogo nie osądzam, ale jest bardzo wielu takich ludzi, którzy byli przez Chrystusa wołani w kierunku kapłaństwa a potem na tej drodze ulegli jakimś napięciom wewnętrznym albo trudnościom i się wycofali.

Razem z Księdzem Biskupem do seminarium na pierwszy rok przyszła ponad setka chłopaków. Ilu zostało wyświęconych?

Sześćdziesięciu sześciu, ale nie wszyscy byli z tego rocznika. Niektórzy doszli z roczników wyższych – po jakichś praktykach, przerwach. Ale też kilku naszych kolegów skończyło seminarium później. Nie wiem czy to reguła, ale dość często tak się zdarza, że jedna trzecia, czterdzieści procent, po drodze odchodzi.

Trudno to traktować jako magiczną liczbę. To są sprawy bardzo indywidualne, dotyczące konkretnej wspólnoty – jakie klerycy wytworzą relacje w ramach swojego rocznika, na ile potrafią się zintegrować z całym seminarium.

Charyzmatyczny kleryk odchodzący z seminarium pociąga za sobą innych?

Raczej nie. Mamy jednak do czynienia z dorosłymi mężczyznami i każdy wie, że decyduje o własnym życiu. Jeden czy drugi przykład może być ewentualnie sygnałem, który pobudza do myślenia. Zdarza się, że nieraz z seminarium odchodzą ludzie, którzy byli liderami całej wspólnoty, a nie tylko rocznika. To są sytuacje, kiedy po pierwsze wszyscy się modlą, po drugie patrzą też uważnie w siebie. Ale to nie powoduje masowego zrzucania sutann.

A jak takie odejście konkretnego kleryka wygląda wewnątrz seminarium?

Te odejścia przebiegają różnie. Ktoś rozmawia ze swoimi kolegami, zanim podejmie ostateczną decyzję z przełożonymi. Inny np. nie przyjeżdża po przerwie. Gdy byłem rektorem, to przy posiłku lub wspólnej modlitwie mówiłem, że dzisiaj odszedł taki a taki człowiek Boży. Modliliśmy się we wszystkich jego intencjach. Niezdrowo jest na ten temat milczeć, bo wtedy mnożą się pytania: a czemu? a jak? To niczemu nie służy. Oczywiście nie omawiałem powodów, bo byłem związany tajemnicą. W konstrukcji seminaryjnej jest tak, że to przełożeni podejmują decyzję, a nie ojcowie duchowni. To jest bardzo dobre, bo młody człowiek może mieć absolutną wolność i zaufanie, kiedy rozmawia z ojcem duchownym. Ale tajemnica obowiązuje wszystkich – i rektor, i prefekci muszą to unieść. Nawet, jeśli sugestia opuszczenia seminarium padła z ich strony, a wykluczony w ten sposób człowiek opowiada na zewnątrz niestworzone rzeczy. Nieraz proboszcz czy wikariusze przyjeżdżają dopytywać się jaki był powód, co się stało.

Wracamy do presji, o której mówiliśmy wcześniej.

Tak, ale to też pokazuje, że presja dotyczy wielu ludzi. Ważne, żeby przełożeni zachowali absolutną dyskrecję. Jakieś uchybienie w tym względzie będzie rzutować na relację z całą resztą w seminarium.

A czy przełożeni rozmawiają także z rodzicami na ten temat? Zarówno po podjęciu decyzji o odejściu, ale też wcześniej, wyjaśniając chociażby, że wstąpienie do seminarium nie zawsze kończy się święceniami kapłańskimi?

W krakowskim seminarium jest taki zwyczaj, że rodzice każdego rocznika mają dzień skupienia raz w roku. Podpowiada się rodzicom, żeby z jednej strony dali swoim synom wolność, a z drugiej – by akceptowali ich decyzję, jakakolwiek by nie była. Bardzo często mówię rodzicom, żeby trochę z przymrużeniem oka patrzyli na taką formułę, którą nieraz słyszą przy święceniach, gdy Kościół im dziękuje za ofiarę z ich dzieci, że „oddali Kościołowi swoich synów”. Człowiek nie może kogoś drugiego oddać Panu Bogu. Człowiek Bogu może oddać się sam. Rodzice składają ofiarę, ale z siebie, ze swoich planów, które mieli co do swojego syna. Te dni skupienia przede wszystkim temu służą, żeby pomóc rodzicom przeżywać ich własne powołanie w odniesieniu do ich synów, nic poza tym. Natomiast nie ma rozmów indywidualnych dotyczących wyboru ich synów. To byłoby nie w porządku, to byłoby naruszenie tajemnicy. Jestem przekonany, że w większości przypadków te relacje między kandydatami a ich rodzicami są takie, że sami mogą o tym rozmawiać. Nie można stwarzać nawet cienia podejrzenia, że decyzja o powołaniu zapada nie w wyniku przekonania tego młodego człowieka, tylko w jakimś trójkącie: przełożeni, rodzice i on.

Czy są jakieś mity narosłe wokół życia seminaryjnego czy kleryckiego, które utrudniają wejście do seminarium lub uniemożliwiają zostanie w nim?

Zdarza się tak, że ktoś jest nastawiony idealistycznie, ale w taki dziecinny sposób. To dotyczy nie tylko seminarium, ale także każdej innej instytucji. Nigdzie nie jest tak, żeby to, co wcielone na sto procent realizowało marzenia. Klerycy spowiadają się co tydzień – to znaczy, że mają z czego. Jeśli ktoś wstępując do seminarium myśli o nim jako wspólnocie świętych gotowych do chwały ołtarzy (tylko trzeba im umrzeć), to się myli. Zakładalibyśmy, że mamy od samego początku uformowanych ludzi, a tymczasem oni się dopiero formują. I robią to nierzadko ścierając się między sobą. Każdy z nich ma inny charakter, są różne charyzmaty, mają inną przeszłość, różne doświadczenia – muszą się nauczyć współpracy.

Wiele też zależy od wielkości seminarium. Dziś coraz ważniejsza jest formacja zindywidualizowana. Ale w dużych wspólnotach trzeba znaleźć jakieś normy ogólne.

Rozmawiał Przemysław Radzyński

Artykuł pochodzi z eSPe 2/2014. Całe czasopismo możesz za darmo pobrać ze strony: www.e-espe.pl.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...