Sklep innych wartości

Przewodnik Katolicki 20/2012

- Arka to taki sklep, w którym towary poustawiane według wartości pieniądza niepełnosprawni poprzestawiali na swój unikalny sposób – usłyszała od Jeana Vanier, pomysłodawcy L’Arche (Arka), Aleksandra „Ala” Nawrocka. I zapragnęła mieć własny sklep.

 

Przy kapuśniaku

Dochodzący z  kuchni zapach gotowanej kapusty miło łaskocze nozdrza. Do obiadu została ponad godzina. Dziś będzie kapuśniak. Kuchnia w blisko
350-metrowym domu to miejsce najbardziej „towarzyskie”. To w niej mieszkańcy Arki przy ul. Polańskiej w Poznaniu dyskutują częściej niż gdzie indziej. W towarzystwie Kasi serdecznie witam się z Olą. Jej otwartość łamie jakiekolwiek obawy. Podczas rozmowy na chwilę przystaje też Grzegorz. Spieszy się. Kosiarka czeka, a trawa wysoka. Jest co kosić w blisko ćwierćhektarowym ogrodzie. Za chwilę przy obiedzie poznam wszystkich: niepełnosprawnych i ich asystentów.

Obiad w pomieszczeniu obok, przy długim, nakrytym białym obrusem stole, to najważniejszy punkt dnia. Celebracja.

– Jesteśmy jedną z nielicznych już chyba rodzin, która obiady codziennie je razem. One są dla nas bardzo ważne. I często przeciągają się do półtorej godziny – wyjaśnia mi Aleksandra Nawrocka, dla domowników po prostu „Ala”, współtwórczyni poznańskiej wspólnoty L’Arche, mózg domu przy ul. Polańskiej. Przyznaje, że od kilku tygodni mają szczęście, bo gotuje Basia, wolontariuszka, która jest w domu cztery razy w tygodniu. Kapuśniak z wielkiego gara po modlitwie intonowanej przez niepełnosprawną Alicję, 40-latkę wyglądającą na wiecznie szczęśliwą nastolatkę, nalewają sobie wszyscy na talerze. Każdy talerz, „z innej parafii”. Podobnie jak łyżki. Smakuje jednak tak samo. Wybornie. Po zupie bigos, ziemniaki. Później kawa, ciastka, delicje, które przyniosła Ula. Dziś numerem jeden są imieniny Adama. Już za cztery dni. Więc Robert musi spisać listę prezentów. Na jej szczycie dezodorant, koszulka i kwiaty. Te ostatnie od Gosi, którą Grzegorz podpuszcza, by upiekła ciasto. Skutecznie.

Przy goleniu

W domu mieszka w sumie 11 osób. Olą, Arturem, Robertem, Rafałem, Alicją, Adamem i Elą opiekują się cały dzień Gosia, Marićka, Michał i Grzegorz. Za słowo „opiekują” ruga mnie ten ostatni. – My się nimi nie opiekujemy, tylko im towarzyszymy – prostuje mnie, człowieka z zewnątrz, kleryk poznańskiego seminarium, który na urlop dziekański wybrał dom Arki. Przy kawie w kuchni pytam go o jego historię w L’Arche.

Pierwszy raz z niepełnosprawnymi umysłowo zetknął się tuż po liceum. Dwa razy. Później, będąc w seminarium. – Od razu dostajesz od nich olbrzymi kredyt zaufania. Prawie automatycznej akceptacji. Przychodzisz z myślą, że pomożesz osobom niepełnosprawnym i będziesz… OK. A tu kop. To nie ty pomagasz, a oni. Są autentyczni, naturalni i nie grają. Pomagają nam, „pełnosprawnym”, odkryć swoją niepełnosprawność – mówi Grzegorz Zbiorczyk, który w Arce zakotwiczył poprzez siostrzaną wspólnotę „Wiara i Światło”.

Z Michałem od kilku miesięcy zajmują się w domu panami. Pytam o relacje asystent-niepełnosprawny. – Ich ideał widziałem ostatnio w filmie Nietykalni. Tam bezrobotny opiekuje się niepełnosprawnym fizycznie. Relacja jest twarda, podszyta ironią, dowcipem. Człowiek się nie cacka, nie próbuje z siebie robić wielkiego opiekuna – tłumaczy. „Ala” Nawrocka, odpowiedzialna za dom, podkreśla, że mottem Arki jest nie „bycie dla”, a „bycie z”. To ona ustala grafik. Dla każdego inny. – Zależy mi, by dzień przypominał ten zwykły w rodzinie. Każdy wstaje, kiedy musi. Nie ma wspólnych śniadań. Ważne są warsztaty, które kończą się przed obiadem – wyjaśnia. Ranne towarzyszenie ilustruje Grzegorz: „Towarzyszę w porannym przygotowaniu, czasem przy goleniu, podaniu ręcznika, kontroli czasu”.

W poszukiwaniu złotych

Na warsztaty jeżdżą „nowym” od 1999 r. busem. – Na jego naprawy ostatnio wydajemy tyle, że pewnie za te pieniądze można by było kupić nowy – śmieje się Kasia Szubielska, fundraiser L’Arche, prościej – pozyskiwacz funduszy. – To auto to wspólny dar Caritas niemieckiej i polskiej. Wcześniej dostaliśmy od Niemców takiego żółtego volkswagena, który wyglądał jak pomoc drogowa na autostradzie – dopełnia motoryzacyjną historię „Ala” Nawrocka. Jak przyznaje jednak poważnie Kasia, samochód trzeba wymienić. – Nie ma elektrycznego podnośnika do wózków. Ciągłe wpychanie i spychanie ich do auta nie jest dobre ani dla tych, co wpychają, ani dla tych, co są wpychani – ucina krótko.

Na nowy bus z podnośnikiem potrzeba 100 tys. zł. To tylko jedna z potrzeb, które wylicza Kasia. Comiesięczne utrzymanie obu domów – bo oprócz tego przy ul. Polańskiej jest też oddalony od niego o 30 minut drogi dom przy ul. Żytniej – kosztuje ok. 60 tys. zł. 30 proc. tej sumy daje miasto. O resztę muszą zadbać sami. – Pieniądze pozyskujemy od przyjaciół i wyjątkowych sponsorów. Mamy taką akcję „Razem możemy więcej”, poprzez którą nasi przyjaciele wpłacają miesięcznie przynajmniej 10 zł. Dla nich to niewiele, ale dla nas, gdy takie sumy daje 200 osób, to już 2 tys. zł – uświadamia. Potrzeba też środków na ubrania, żywność i pensje. – Te ostatnie są dla tych, którzy tu pracują. Oni też muszą przecież z czegoś żyć. Jak nie dostaną pieniędzy, to zmusimy ich do odejścia, a przecież ich doświadczenie jest dla nas cenne – mówi wprost. Środki pozyskują też przez zbiórki w kościołach, zdając się na hojność wiernych. – Ludzi z otwartym sercem jest wielu, tylko muszą wiedzieć, że istniejemy – zaznacza trafnie „Ala”.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| L’ARCHE

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...