W proch rozsypani?

Nauka Kościoła nie pozostawia wątpliwości: ciało zmarłego człowieka musi zostać pochowane z należnym mu szacunkiem.

Bogu dziękuję i ja, i on, że nasi pradziadkowie nie kazali się spalić i rozsypać gdzieś na żyznych, wielkopolskich polach.

Miłość

Zwolennicy kremacji i rozsypywania prochów mówią o gryzących ciało robakach, o zajmowaniu miejsca, o kosztach, o dziesiątkach utrudnień, jakie wiążą się z tradycyjnym pochówkiem. Choć sama mam wrażenie, że po śmierci będzie mi dokładnie obojętne, jaki robak mnie zżera, nie zamierzam z tym estetycznym poglądem polemizować. Znów chciałabym zaproponować spojrzenie pozytywne – bo czyż zgoda na tradycyjny pochówek nie jest aktem miłości wobec najbliższych? Czy nie jest aktem miłości wobec tych, którzy przyjdą dwa, trzy, cztery pokolenia później? Ileż rodzin odnajduje się przy grobach. Ileż pradziadków po latach zapomnienia nagle dostaje świeczkę na grobie. To nie jest banał: odnalezienie korzeni rzeczywiście zmienia życie wielu ludzi. Nawet jeśli kiedyś miałoby zmienić życie jednego tylko prawnuka – może warto? Do rozsypanego na polach pradziadka wrócić się nie da.

Zwolennicy nowej ustawy przekonują, że zmiany są konieczne, ponieważ obecne dyskryminują wolę zmarłych, wyraźnie życzących sobie rozsypania w przydomowym ogródku. Kościół nie chce nikogo dyskryminować – ale właśnie dlatego musi zacząć wychowywać człowieka do wielkoduszności i do miłosierdzia wobec dzieci, wnuków i prawnuków, do miłosierdzia prawdziwie bezinteresownego, bo sięgającego poza śmierć.

Wychowanie

Zadaniem starszych jest wychowywać młodszych. Rodzice wychowują dzieci i to wydaje się oczywiste. Dlaczego zatem tak łatwo zwalniamy się od zadania wychowywania, jeśli chodzi o nasze groby? Boimy się mówić: „Twoim obowiązkiem jest zadbać o nagrobek, o kwiaty i znicz”. Pośród argumentów zwolenników zmiany ustawy powtarza się sformułowanie: „Nie chcę nikomu robić kłopotu”. Rzeczywiście, kiedy prochy zmarłego zostaną rozsypane, nikt z potomków nie musi już nigdy myśleć o nagrobku i jego sprzątaniu, o odwiedzeniu cmentarza przynajmniej raz w roku, o zapaleniu znicza. Pytanie tylko, czy rola rodziców polega na usuwaniu dzieciom przeszkód sprzed nóg, czy raczej na wychowywaniu ich do odpowiedzialności? Dlaczego rodzice, zrzekając się miejsca na cmentarzu i grobu, uniemożliwiają dzieciom praktykowanie bezinteresownego dobra? Czy owe dorosłe już dzieci będą dzięki temu lepsze – czy tylko będą miały więcej wolnego czasu?

Ta wychowawcza rola zmarłych przodków ma jeszcze inny wymiar. To groby cementują rodzinę wtedy, kiedy ludzie nie mogą na siebie patrzeć. Nawet jeśli ludzie nie rozmawiają ze sobą od lat i unikają spotkań, kiedy wydaje się, że nic ich już nie łączy, w końcu przychodzą w jedno miejsce – na grób matki, na grób ojca, na grób brata. Mogą się tam nie spotkać, mogą mijać się całe życie, ale pozostawiony kwiat czy znicz są sygnałem: „a jednak nie wszystko nas dzieli”. Ile straciłby człowiek, gdyby urnę z prochami zabrała jedna tylko siostra... Ile straciłby człowiek, gdyby prochy brata podzielić i każdy wywiózłby odrobinę w swój kawałek świata...

Nie warto

O wyższości grobu nad rozsypywaniem prochów można by pisać długo. O tym, że grzebanie umarłych jest uczynkiem miłosierdzia i że cmentarze przypominają nam, że życie wieczne istnieje. O 40 proc. szwedzkich urn, których nikt nie odbiera z krematorium. O relikwiach świętych, których byśmy nie mieli albo których nie będą mieć nasi wnukowie. O niebezpieczeństwach dziecięcych, młodzieżowych czy kocich zabaw z urnami. Sedno jednak tkwi gdzie indziej. Ludzie, którzy chcą być rozsypani w proch na ziemi, nie wierzą w życie wieczne. To dlatego chcą się urządzić na wieczność na ulubionej leśnej polanie. Kościół powinien im tylko powiedzieć po cichu: „Kochani, nie warto – w niebie naprawdę jest piękniej”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»
Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama