Polski ksiądz w Czechach

Życie duchowe 3(72)/2012

Kiedy w sierpniu 1992 roku przyjechałem do Kurii w Pradze, by omówić szczegóły, wikariusz generalny wziął mnie do samochodu, zawiózł na moją przyszłą parafię i zostawił. Powiedział, że udziela mi wszelkich potrzebnych jurysdykcji, pobłogosławił i pojechał.

 

Pochodzi Ksiądz z diecezji opolskiej, ale już od wielu lat pracuje u naszych południowych sąsiadów. Jak to się stało, że Ksiądz wyjechał z Polski?

Przyjechałem do Czech dwadzieścia lat temu. Wcześniej, po ukończeniu seminarium w Nysie, przez cztery lata pracowałem w Polsce. Wyjechałem zainspirowany prośbą, z jaką zwrócił się do biskupów polskich wtedy arcybiskup praski, dziś kard. Miloslav Vlk. W czasie jednej wizyty w Polsce poprosił o úroky z krve Vojtěchovy, czyli o „procenty z krwi św. Wojciecha”. Abp Alfons Nossol, ordynariusz opolski, powiedział wówczas, że chętnie udzieli zgody na wyjazd księżom ze swojej diecezji, którzy zdecydują się podjąć pracę w Czechach.

I Ksiądz się zgłosił.

Zrobiłem to, ponieważ pochodzę z pogranicza polsko-czeskiego. Urodziłem się w Krzyżanowicach na Śląsku. W Czechach ponad trzydzieści lat pracował mój ojciec, pracowała tam także przez jakiś czas moja mama. Mieliśmy w Czechach rodzinę, stamtąd pochodziła moja prababcia. A kiedy się mieszka na styku różnych kultur, jest się pod ich wpływem. Dlatego Czechy nie były mi obce. Znałem też biernie język czeski. Postanowiłem więc, że spróbuję, i muszę przyznać, że nie czuję się tu obco. Zdaję sobie jednak sprawę, że dla Czechów zawsze będę obcokrajowcem, „księdzem z Polski”.

Gdzie Ksiądz pracował najpierw?

Kiedy w sierpniu 1992 roku przyjechałem do Kurii w Pradze, by omówić szczegóły, wikariusz generalny wziął mnie do samochodu, zawiózł na moją przyszłą parafię i zostawił. Powiedział, że udziela mi wszelkich potrzebnych jurysdykcji, pobłogosławił i pojechał. Chciałem jedynie zorientować się, jak będzie wyglądała moja praca, ale na „orientowanie się” nie było czasu, bo z marszu zostałem proboszczem. Tak więc przez cztery lata byłem proboszczem w miejscowości Mníšek pod Brdy, 30 kilometrów od Pragi, a później przez kolejne cztery lata – proboszczem dużej parafii przy kościele św. Ludmiły w Pradze. Teraz – już trzynasty rok – jestem rektorem w praskim seminarium.

Wyjechał Ksiądz po doświadczeniu pracy w Kościele polskim, o którym można powiedzieć, że ma charakter „masowy”. W Czechach jest inaczej.

Rzeczywiście, Kościół w Czechach nie jest tak „masowy” jak w Polsce. To jednak nie był dla mnie problem: mało ludzi w parafii. Dla mnie problemem było zupełnie coś innego. Moi parafianie mieli w stosunku do mnie wymagania, z jakimi wcześniej się nie spotkałem. Byli przyzwyczajeni do duszpasterstwa indywidualnego. Nie wystarczało im duszpasterstwo sakramentalne i spotkanie z księdzem w kościele na Mszy świętej czy w konfesjonale. Chcieli mieć spotkania w małych grupach.

Jak przyjęli Księdza parafianie?

Bardzo życzliwie. Zostałem zaakceptowany już pierwszego dnia. Ludzie cieszyli się, że będą mieli księdza, i od razu zaoferowali swoją pomoc. Po pierwszej Mszy podszedł do mnie nauczyciel języka czeskiego i zaproponował, że będzie mnie uczył, bo ja – owszem – czeski rozumiałem, ale z mówieniem nie było już tak dobrze.

Troska parafian była więc ogromna, ale też i wymagania były duże. Oczekiwali – jak wspomniałem – duszpasterstwa, do którego byli przyzwyczajeni: rozmowy indywidualne, kierownictwo duchowe, wspólna lektura Pisma Świętego, omawianie Katechizmu, dyskusje wokół papieskich encyklik… Dla mnie było to wtedy ogromnym wyzwaniem. Moja parafia obejmowała około ośmiu tysięcy mieszkańców z Mníška pod Brdy i kilkunastu okolicznych wiosek, ale do kościoła chodziła wtedy zaledwie setka parafian. W porównaniu z parafiami w Polsce to znikomy odsetek, a jednak było to bardzo wymagające doświadczenie. Kiedyś przyszła do mnie piętnastoletnia dziewczyna i powiedziała, że chce się ochrzcić. Stanąłem bezradny, bo nie wiedziałem, jak przygotowuje się do chrztu ludzi dorosłych.

Pewnie w seminarium Księdza tego nie uczono.

Najstarszy człowiek, którego do tej pory ochrzciłem, to było trzyletnie dziecko. Miałem więc prawo czuć się nieco zagubionym. To jednak było wspaniałe wyzwanie. Zacząłem sam szukać, pytać, orientować się i pomału wypracowałem własny sposób przygotowania do chrztu dorosłych. Dziś katechumenat i towarzyszenie dorosłym w przygotowaniu do chrztu wspominam jako najpiękniejsze chwile pracy duszpasterskiej w Czechach.

Jak długo trwa przygotowanie dorosłych do chrztu?

Katechumenat trwał dwa – trzy lata. Nie spieszyliśmy się i to miało sens. Zajęcia prowadziłem w grupach po około dziesięć osób. Nie wszyscy, którzy rozpoczynali kurs, kończyli go, ale to były naprawdę wyjątki. Większość przyjmowała chrzest. Na tym jednak nie kończyła się formacja dorosłych. Kolejne wyzwanie, z jakim zetknąłem się w Czechach, to praca z nowo ochrzczonymi i mistagogia, czyli jak wprowadzać wiernych w misterium Chrystusa, jak przełożyć im to, co widzialne, na to, co niewidzialne.

Rozwiązywałem to niezupełnie zgodnie z przepisami liturgicznymi, oddzielając w przypadku nowo ochrzczonych chrzest i Komunię świętą od bierzmowania, do którego przygotowywałem oddzielnie. Czas przygotowywań do bierzmowania wykorzystywałem właśnie na mistagogię i wprowadzenie w sakrament pokuty. Pokuta to duży problem w przypadku osób, które przyjmują chrzest jako ludzie dorośli. Przed chrztem nie ma spowiedzi, bo woda chrztu świętego zmywa wszystkie grzechy, ale wielu pragnie je wyznać. To wyznanie ma jednak charakter pewnego zwyczaju, a nie sakramentu. Dopiero po chrzcie, kiedy opadną już wszystkie emocje, można spokojnie przygotowywać ludzi do sakramentu pokuty i pojednania, nauczyć ich korzystania z tego sakramentu i życia wiarą na co dzień, w konfrontacji z problemami, z jakimi się wszyscy stykamy.

Czy podobne oczekiwania mieli Księdza parafianie w Pradze?

To była duża parafia w centrum miasta, bardzo prestiżowe – można powiedzieć – miejsce. Duży kościół, na każdej Mszy świętej wielu wiernych. Z tego względu nie miałem już z każdym parafianinem tak bezpośredniego kontaktu jak wcześniej. Podobnie jednak jak wcześniej były w parafii różne grupy i ludzie chcieli się spotykać. Zwłaszcza osoby przygotowujące się do chrztu. Wiele więc takich spotkań prowadziłem. Mniej natomiast miałem godzin katechezy dla dzieci. Po prostu dzieci było tam mniej.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...