Ojcowie! Znajdźmy czas dla dzieci

Tak Rodzinie 1/2013 Tak Rodzinie 1/2013

Tatusiowie mają największe zaległości w przebywaniu ze swoimi dziećmi. Poświęcają im około 8-9 minut dziennie.

 

Tymi, którzy mogą pomóc rodzicom w wychowaniu dzieci i uczeniu ich odpowiedzialności, są przede wszystkim oni sami, a już szczególnie ojcowie. Badania wykazują, że około 65% ojców spędzało ze swoimi dziećmi mniej niż jedną godzinę w tygodniu (opinia z roku 2006, badania przeprowadziła warszawska firma na zlecenie Josha McDowella). Ta tendencja z roku na rok wzrasta.

Wygląda to zwykle tak, że tata siedzi w pracy do późnego popołudnia lub wieczora. Są kredyty do spłacenia, na mieszkanie i samochód. Chce zrobić karierę, aby być kimś ważnym w społeczeństwie. Dzieci trzeba wykształcić, ubrać, wyżywić, kupić im masę podręczników itd. W efekcie tata wraca sterany do domu i marzy tylko o dobrej kolacji, wiadomościach w telewizji i żeby wszyscy dali mu święty spokój, bo się napracował.

A tymczasem maluchy gramolą mu się na kolana, mówiąc: „Tatusiu, pobaw się ze mną, posłuchaj, co było dzisiaj w przedszkolu”. Starsze rodzeństwo woła: „Opowiem ci, jakiego strzeliłem gola na WF-ie”, albo „jaką piosenkę zaśpiewałam na uroczystości szkolnej”. Tata zwykle jest tak zmęczony, że nie ma sił; w ten sposób zaległości narastają.

Czasem tatusiowie w ogóle znikają z domu. Wyjeżdżają za granicę, tłumacząc, że to dla dobra rodziny, bo przecież kredyty trzeba spłacić. Moja żona i ja mamy czwórkę dzieci i dwie działalności gospodarcze. Wiemy, jak ciężko dziś utrzymać rodzinę. Kupujemy tygodniowo 15 bochenków chleba, 20 kilogramów ziemniaków, nie mówiąc już o ilości mięsa. Również spłacamy kredyty. Ja mógłbym zrobić większą karierę, pisząc więcej książek i być jeszcze bardziej znanym pisarzem, moja żona jako wydawca mogłaby je bardziej promować i lepiej zarabiać. Jednak musielibyśmy pędzić jeszcze szybciej. Dlatego w pewnym momencie powiedzieliśmy: „Stop. Zatrzymajmy się. Po co tak gnamy? Może warto żyć skromniej, ale bliżej siebie?”. Podjęliśmy ważną decyzję. Postanowiliśmy zabrać część czasu i energii inwestowanych w karierę zawodową i wstrzyknąć do wnętrza rodzinnego domu. Dzięki temu jesteśmy bliżej ze sobą nawzajem i z dziećmi. O tę decyzję musimy walczyć i stale ją odnawiać.

Teraz, kiedy już naprawdę chcemy być ze swoimi dziećmi, mamy czas i siły na ich wychowanie, możemy szukać sprzymierzeńców na zewnątrz. Kto zatem może nam pomóc? W czasie tych poszukiwań trzeba sobie uświadomić ważną prawdę. To my, rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za swoje dzieci. Żaden zawodowiec w szkole czy w kościele raczej nam ich nie wychowa. Oczywiście skarbem jest ksiądz czy nauczycielka z powołania, którzy z pasją realizują swoją misję.

Badania, które przytoczyłem na początku, wykazały, iż duszpasterz i nauczyciel są na szarym końcu rankingu stworzonego przez dzieci i młodzież. To nie za nimi nasze pociechy chcą kroczyć przez życie. A kto zajmuje pierwsze miejsce na tej liście? Zapewne wielu czytelników nie uwierzy, że są to… rodzice.

Nasze dzieci spędzają mnóstwo czasu w szkole. Nauczyciele przekazują im świecką wiedzę, katecheci i duszpasterze prawdy wiary. A dzieci i nastolatkowie tęsknią za rodzicami. Chcą, aby „starzy” mówili, jak żyć. Zatem rodzice, nauczyciele i duszpasterze są „skazani” na współpracę i wzajemne zaufanie.

Ostatnio z żoną przeżyliśmy takie umacniające doświadczenie. Poszedłem na wywiadówkę do gimnazjum syna. Wychowawczyni powiedziała: „Proszę państwa, zwykle w drugiej klasie gimnazjum uczniowie przechodzą pewne rozluźnienie dyscypliny. Jednak to, co przeżywam z państwa dziećmi, przytrafia mi się pierwszy raz w mojej długiej karierze zawodowej. Oni się w ogóle nie szanują. Odrzucają wszelkie wartości. Ja sama bez waszej pomocy nie poradzę sobie”.

Pamiętam, że my, rodzice, na tym spotkaniu zmagaliśmy się z myślą: „Dlaczego ta kobieta tak okrutnie nas męczy, przecież to jest jej praca?”. Jednak w końcu przypomnieliśmy sobie, że tu chodzi o nasze dzieci. Opracowaliśmy wspólnie konkretny plan działania. Podjęliśmy zobowiązania, że wychowawczyni realizuje swoją część w szkole, a my swoje zadania w domu. Jakaż była nasza radość, gdy po sześciu miesiącach usłyszeliśmy od wychowawczyni: „Proszę państwa, jest dobrze. Oni znów się szanują”. Takiej pomocy w wychowywaniu dzieci życzę stale sobie, mojej żonie i wszystkim rodzicom.

 

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| OJCIEC, RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama