W domowym Kościele

Don BOSCO 4/2015 Don BOSCO 4/2015

Rodzina jest najmniejszą cząstką Kościoła. O tej prawdzie, choć jest absolutnie fundamentalna, łatwo zapomnieć w domowym zgiełku.

 

W katolickim domu w centrum powinna być zawsze modlitwa. Bez niej trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie. Tyle że choć modlimy się codziennie, i co do teorii dzieci świetnie opanowały zasady modlenia, to w praktyce nasze modlitewne spotkanie dalekie jest od doskonałości. Szczególnie dobrze widać to wieczorem. Gdy już klękniemy (co, powiedzmy sobie szczerze, wcale nie jest proste, bo każdy – akurat wtedy chce się napić albo przytulić), zaczyna się rytuał podziękowań, próśb i przeprosin.

Ojcze nasz…

- Zby onalazły się moje krdki, zby onalazly się moje famastry i zby Ula i mama byli kochani. Młody zaczyna zawsze tą samą frazą. Po nim bardzo podobną powtarza Fiki, z tym, że on już dodaje inne intencje. Isia i Zio są już zupełnie poważne i modlą się o dar życia dla dzieci zagrożonych aborcją, za dziadków, babcie, o zdrowie dla przyjaciół, a także opowiadają o tym, co je zabolało, co im się nie spodobało, i co chcieliby, żeby Pan Bóg zmienił w ich rodzicach. To dla mnie ważna lekcja ojcostwa i wieczne przypomnienie, że kiedy moje córki i synowie odmawiają „Ojcze nasz”, to pierwszym obrazem, jaki będzie się im kojarzył z Bogiem Ojcem, jestem ja. Po nich swoje intencje, także zawodowe czy uniwersalne, dołączamy my, ucząc dzieci, że modlić się trzeba za wszystko. Intencje nie wyznaczają jeszcze końca modlitwy. Później przychodzi czas na „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, „Aniele Boży” i prośby o modlitwę do naszych, a niekiedy wielu innych patronów. Młody tak ściśle utożsamia się ze swoim patronem, że gdy przypadkiem nie przywołamy go na początku, to zawsze pokrzykuje.

- Jesce ja. Jesce ja!

A ja szczerze mu życzę, żeby w przyszłości został kanonizowany i żeby rzeczywiście można się było modlić za jego wstawiennictwem.

Tak to wygląda oczywiście wtedy, gdy nie zdarzy się nic nieprzewidzianego. Ale w rodzinie, w której jest czworo małych i jedno nastoletnie dziecko, nieczęsto jest tak dobrze. O wiele częściej właśnie w trakcie modlitwy ktoś komuś nadepnie na odcisk albo przypomni sobie (akurat wtedy, gdy siostra czy brat przeprasza go za jakieś swoje błędy) własne bóle i zranienia. I wtedy natychmiast rozpoczyna się awantura. Drobna, bo ktoś inny ucisza, że modlitwa, ale dla ojca i matki będąca frustracją, która rozprasza modlitewny nastrój i sprawia, że niełatwo sobie uświadomić, że właśnie teraz razem stanowimy Kościół modlący się, pielgrzymujący do Boga.

Gdy stół staje się ołtarzem

Świadomość ta wraca dopiero wieczorem, gdy zapadnie już cisza i można usiąść nad Pismem Świętym, które spokojnie czytane uświadamia, że nawet pierwszej wspólnocie uczniów Pana daleko było do doskonałości (to zupełnie jak naszej domowej – myśli sobie człowiek) i że sam Jezus doskonale rozumiał frustracje dorosłych, ale przypominał im, że mają pozwolić dzieciom przychodzić do Niego. A gdzie indziej owo spotkanie dzieci z Jezusem może się odbyć, jeśli nie właśnie w domu. W domu to nie znaczy tylko w modlitwie czy w pobożnych rodzinnych praktykach (u nas to wspólny z najstarszą córką różaniec, wieczorna modlitwa wszystkich i modlitwa poranna – zazwyczaj w samochodzie, oraz niedzielna wspólna msza święta), ale także przy stole. Stół jest bowiem centrum każdego domu i w pewnym sensie najmniejszym ołtarzem. To przy nim przecież sprawujemy wieczerzę wigilijną, która jest wprowadzeniem do pasterki, jemy niedzielny obiad, który jest istotnym elementem niedzielnego bycia razem z Bogiem, czy wreszcie tu siadamy, by rozmawiać z dziećmi. Wszystko to sprawia, że stół przestaje być już tylko meblem, a staje się ołtarzem, czyli miejscem wokół którego gromadzi się rodzina, by być razem, wspierać się, a czasem także razem się martwić (to szczególnie, gdy obiad ugotuje ojciec). Bez tego ołtarza, ale przede wszystkim bez kuchni (która w naszym domu jest czymś na wzór kościelnej plebanii, bo tu załatwia się większość spraw, gdzie dzieje się jeszcze więcej) nie ma domu, nie ma domowego Kościoła.

Zastępy wszystkich świętych

Rodzina to także miejsce, w którym dokonuje się podstawowa katechizacja, a ojciec jest tym, który ma być pierwszym katechetą. U nas w domu dokonuje się to – poza przygotowaniem do Pierwszej Komunii, które polega na wspólnym z aktualnym przygotowywanym czytaniu św. Tomasza z Akwinu (zapewniam, że dzieci, jeśli ojciec odpowiednio się zaangażuje, wcale nie usypiają) – w codziennej rozmowie. Ot, choćby takiej, jak w drodze do szkoły, gdy po modlitwie porannej dzieci wzywają swoich patronów.

Zaczynamy od intencji (oj, sporo można się z nich dowiedzieć o tym, co dzieciaki boli i czego oczekują), a potem standardowa poranna modlitwa: „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, „Wierzę w Boga”, „Aniele Boży” i wezwania do naszych patronów.

- Tomaszu Mrózie, módl się za nami – zaczyna Miki, który w ten sposób przywołuje wstawiennictwa mojego patrona Tomasza Morusa. A potem idzie z górki. Jest i Matka Boża, i św. Urszula Ledóchowska, i św. Jan, św. Małgorzata i mój ukochany św. Maksymilian. A, i zawsze jest św. Mikołaj. I właśnie z tym ostatnim wiążą się zresztą stałe spory naszych dzieci. Od samego początku staramy się im bowiem wyjaśniać, że ten pajac w czerwonych spodniach i zimowej czapce nie ma ze św. Mikołajem nic wspólnego. W pokoju chłopców wisi stosowna ikona św. Mikołaja i już choćby stąd wiedzą, że prawdziwy święty to biskup i do tego wschodni. Ale mimo to wciąż powraca pytanie, jak on te prezenty przywozi i czy może jednak się nie przebiera w strój pajaca, żeby mu było wygodnie.

- Tata, phrawda, że św. Mikołaj, przywozi nasze phrezenty na saniach – pyta Młody, który ma jeszcze kłopot z czystym wypowiedzeniem „r”.

- Nieprawda – odpowiadam wymijająco nie chcąc wchodzić w szczegóły działania świętego, tak by nie zniszczyć im bożonarodzeniowych przeżyć.

I wtedy w dyskurs wchodzi Isia, która – choć już z lekkim dystansem, ale nadal jest przekonana, że prezenty przynosi Mikołaj, a nie rodzice.

- No to, jak przywozi te prezenty? – pyta sprytnie.

- Ma swoje sposoby. To święty – odpowiadam i rozwijam eschatologię katolicką, tłumacząc, że po śmierci, a przed zmartwychwstaniem, to nie mamy w ogóle ciał, Bóg uzupełnia nam je swoją wszechmocą, a po końcu świata otrzymamy nowe ciała, które będą przemienione. Czasem sięgamy przy tym po Pismo Święte, by zacytować fragmenty o tym, jak Zmartwychwstały Pan Jezus „przechodził mimo zamkniętych drzwi”. – I z nami będzie podobnie – dodaję.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama