W pogoni za uciekającym pociągiem

Warto przyjrzeć się sobie, bo przyzwyczailiśmy się biegać. Zresztą nikt nie uczy, jak dobrze przeżyć nasze „tu i teraz”. W szkole uczą tylko planowania, wybiegania w przyszłość, co skądinąd z pewnością również jest cenne. Ale na co zda się planowanie, kiedy nie umiemy cieszyć się życiem Głos ojca Pio, 56/2009



A jeśli daję im przyzwolenie?

Niekiedy ulegamy myślom nieświadomie: nagle łapiemy się na tym, że o czymś myślimy, a w ogóle nie zwróciliśmy na to uwagi. Nie ma tu matematycznych reguł i wyraźnych granic. Oczywiście, gdy wiem, że przychodzi jakaś myśl, to mogę powiedzieć, że jej nie chcę. Odwołam się jednak do ojców pustyni, z których jeden powiedział, że im bardziej walczymy z naszymi myślami, tym bardziej w nie wpadamy, bo tracimy energię tylko na walkę. A zatem rola naszej woli polegałaby na ukierunkowaniu myśli bądź na zmianie ich tematu.

Czy acedia jest zwykłą słabością ducha, chorobą czy też grzechem?

Święty Tomasz z Akwinu powiedział, że jest grzechem. Trzeba jednak wpierw zdefiniować, co rozumiemy przez tę nieszczęsną acedię, bo proszę zobaczyć, że każdy z tych, którzy się nią zajmowali, troszeczkę inaczej ją rozumiał. Ja uważam, że jeślibyśmy zbliżyli acedię do neurastenii i wypalenia zawodowego, terminów psychologicznych, to trudno wówczas mówić o grzechu.

Czyli byłaby to choroba?

Określiłbym ją raczej jako trudność natury psychicznej, która przejawia się całościowo, albo ewentualnie posłużył się terminem „choroba ducha” zaczerpniętym z ojców pustyni. Zauważmy jednak, że oni zawsze ujmują go w cudzysłów, bo trudno powiedzieć, jak duch choruje. Bardziej jednak podoba mi się stwierdzenie o oszustwie złego ducha, czyli o wprowadzeniu człowieka w błąd w jego odczuwaniu. A można wprowadzić nas w błąd ze względu na nasze różne doświadczenia życiowe, zranienia czy złe komunikaty, które otrzymywaliśmy w dzieciństwie i młodości, niezależnie od tego, co było ich przyczyną.

Zastanawiam się również, czy zamiast o acedii – ponieważ ten termin niewiele nam mówi – nie powinniśmy mówić o zaniedbaniu duchowym i to nie tylko w rozumieniu, z jakim zazwyczaj je utożsamiamy: nie pomogłem komuś, mam jakiś grzech zaniedbania, czegoś nie wykonałem. Ja patrzę na nie dwuaspektowo: widzę zaniedbanie w stosunku do innych i zaniedbanie w stosunku do siebie.

Pierwsze z nich przejawia się w takich prostych rzeczach jak zaniedbanie relacji z drugim człowiekiem (żoną, mężem, dzieckiem, przyjacielem, współpracownikiem): nie dziękuję, nie proszę, a wszystko ukrywam za jakąś ideologią (np. „dla Pana Boga”), nie pochwalę, tylko wymagam. A przecież człowiek nie jest robotem i potrzebuje uwagi ze strony innych. Jeżeli tego brakuje, w pewnym momencie pozostaje sam ze sobą.

Zaniedbaniem jest także nierozwiązywanie konfliktów czy trudności emocjonalnych w rodzinie, małżeństwie, we wspólnocie. Jeżeli się o nich nie mówi i spycha w niepamięć, po jakimś czasie wszystkie one, skumulowane, uzewnętrznią się jakoś inaczej. I to nas tłamsi, potwornie niszczy. Jeżeli nie ma zdrowych relacji, wówczas człowiek się nie rozwija, nie dojrzewa, nie myśli pozytywnie.

Natomiast zaniedbania w stosunku do siebie pojawiają się, kiedy nie daję sobie prawa do odpoczynku, radości, do dbałości o siebie i swoje zdrowie. Nie chodzi tutaj o lenistwo i egoizm, tylko o prawo do wyznaczania granic dla pracy i odpoczynku. Kolejne zaniedbanie na tym polu to brak wymagań wobec siebie. Myślę, że to jeden z poważniejszych problemów współczesnych małżeństw, rodzin i wspólnot. Dlatego jest tak dużo tragedii, tak dużo młodych małżeństw się rozpada.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama