Droga ludzi zbędnych

Do części wykluczonych nie da się dotrzeć opowieściami o wędkach i rybach. Oni są ustawieni tylko na rybę i to nawet nie na łososia, ale na cokolwiek. Tygodnik Powszechny, 29 czerwca 2008



Tak robi choćby C.K. Prahalad, guru współczesnej ekonomii i zarządzania, twierdząc, że główną rolę w likwidacji głodu i biedy w slumsach Afryki, Azji czy Ameryki Południowej mogą odegrać nie rządy czy organizacje charytatywne, ale firmy, w tym międzynarodowe koncerny (które zresztą ponoszą część odpowiedzialności za powstałe problemy). Jego książka „Bottom of the Pyramid” to opowieść o 2 mld ludzi żyjących za mniej niż dwa dolary dziennie i przykładach skutecznych ekonomicznie przedsięwzięć, w których ci ludzie nie byli problemem, lecz zasobem. Wystarczy dostosować towary do ich możliwości nabywczych, np. wykluczając pośredników czy kosztownych producentów narzucających wysoką marżę (Prahalad i Hammond w książce „Jak służyć ubogim tego świata – z zyskiem” zauważyli, że w najbiedniejszych grupach żywność jest droższa o 20-30 proc.).

Co jest intrygującego w przedsiębiorcach, że w nich zaczęto upatrywać nadziei na uporanie się z wykluczeniem?

We flagowym dokumencie ekonomii społecznej, jaki wydano na Wyspach, stwierdzono, że świat stał się tak skomplikowany, iż jeśli nie uruchomimy myślenia właściwego przedsiębiorcom, opierającego się na pojęciach: „zasoby”, „efektywność”, nie rozwiążemy współczesnych problemów. Przedsiębiorcy zostali „wezwani na pomoc”, bo rządy same sobie z tym nie poradzą. Oczywiście organizacje będą zawsze zabiegać o środki publiczne – mają do tego prawo, bo wykonują usługi publiczne. Tyle że ich działaniom nie towarzyszy często ani ochrona konsumencka, ani konkurencja. Nie ma rynku i co za tym idzie – nie ma naturalnych dla niego mechanizmów wysyłania sygnałów zwrotnych, weryfikujących jakość działań i towarzyszące im koszty. Dlatego właśnie mając wciąż napisane na ścianie: „Po pierwsze, ludzie – głupcze!”, całkiem blisko trzeba napisać coś o roztropności w rozdziale środków i przypomnienie o realiach ekonomicznych.

Ekonomia społeczna zakłada inny styl życia – wyhamowany, bardziej refleksyjny, skierowany na jakość, a nie merkantylnie pojęty zysk. Czy Polacy są już gotowi na takie wyhamowanie?

Po 20 latach mamy szybki wzrost gospodarczy, stajemy się zamożniejsi, ale nie towarzyszy temu radość – nie ma jej ani wśród przegranych, ani często wśród zwycięzców. Jesteśmy szczęśliwsi? A może wróciliśmy poniekąd do sytuacji, o której w latach 70. Miron Białoszewski napisał: „każdy w bunkrze na swoim cukrze”.

Przed wojną powstała Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, Stowarzyszenie Szklane Domy, w której ludzie dzięki składkom zbudowali teatr, bibliotekę, przedszkole. To nie była utopia – to działało! Teraz w Warszawie jest ponad 400 osiedli zamkniętych dla reszty miasta (najwięcej w Europie!). Przestrzeń publiczna jest zawłaszczana i prywatyzowana, a miasto staje się zakładnikiem deweloperów. Nie nauczyliśmy się wspólnego wymyślania terytorium dla siebie, godzenia różnych interesów, zakorzeniania w nim. Tu także idea ekonomii społecznej może okazać się przydatna, bo jako idea oparta na wspólnocie najbardziej skuteczna może być właśnie w działaniach lokalnych. W Bałtowie, którego mieszkańcy utworzyli stowarzyszenie dla rozwoju turystyki i wydźwignięcia wsi z marazmu, przedsięwzięcie idzie tak dobrze, że obok myślenia o tym, kto konkretnie w danym roku zarobił, pojawiło się myślenie o całej społeczności: ilu turystów przyjechało do gminy, gdzie zostawili pieniądze, jak krążyły. Widać to też w Korytowie, gdzie ks. Sławomir Kokorzycki pracuje nad wykształceniem tamtejszej młodzieży; w Tyczynie, gdzie spółdzielnia prowadzi regionalną sieć telefoniczną; w przedsięwzięciach rewitalizacyjnych z kilku metropolii.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama