Komu bije dzwonek

Typ nauczyciela anioła, któremu nie puszczą nerwy, nawet gdy usłyszy największe głupstwo, należy do zaprzeszłej epoki, kiedy uczeń chciał widzieć w dorosłym autorytet. Tygodnik Powszechny, 30 sierpnia 2009


Katarzyna Kubisiowska: Proszę z ręką na sercu powiedzieć: zdałby Pan nową maturę?

Dariusz Chętkowski:
Z polskiego to raczej bym zdał. Z innych przedmiotów mógłbym mieć problem, nie znam programu. Widzę jednak, że młodzi ludzie prawie w ogóle nie uczą się do matury, a mimo to osiągają dobre wyniki. Więc miałbym szansę, tym bardziej że do swojej matury, do której podszedłem w 1989 r., uczyłem się naprawdę bardzo dużo.

Pewnie zdałby Pan nową maturę bez problemu. Wcześniej rozwiązałby Pan szereg próbnych testów, zapoznałby się Pan z kluczem jedynych słusznych odpowiedzi. Nowa matura uczy przede wszystkim kombinowania.

Na tym polega nauka we współczesnej szkole, w której rozwiązuje się masę testów. A poza tym w szkole kombinowało się zawsze, to nic nowego. We wspomnieniach Singera, on sam się dziwi, że jako uczeń oszukiwał nauczycieli ile wlezie, a mimo to posiadł sporą wiedzę.

Szkoła za czasów Singera i ta współczesna to zupełnie różne instytucje. Zdanie przedwojennej matury gwarantowało gruntowne i wszechstronne wykształcenie. O dzisiejszej maturze nie można już tego powiedzieć.

Przedwojenna matura wyłaniała członków przyszłej elity, w tym egzaminie bardziej chodziło o jakość wykształcenia średniego niż o masowy dostęp do uczelni wyższych. W latach 30. XX wieku maturę zdawało około 38 tysięcy osób rocznie. Większość z nich nie miała kłopotów ze znalezieniem pracy. Dziś mamy ponad pół miliona maturzystów. Wielu z nich kontynuuje naukę, bo wymaga tego rynek pracy, a programy rządowe kładą nacisk na to, aby jak najwięcej młodych ludzi dostało się na studia.

***

Spora część osób ma na tyle dość współczesnego systemu szkolnego, że decyduje się na domową edukację. W Polsce jest to zjawisko rzadkie, ale w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Irlandii coraz bardziej popularne.

Rodzice, którzy pierwszy raz posyłają dzieci do szkoły, są nastawieni do niej bardzo pozytywnie. Nie chcą, żeby dziecko siedziało w domu. Pragną, by weszło w towarzystwo i zaczęło się uspołeczniać. Tymczasem dziecko ląduje najniżej w hierarchii szkolnej, jest kozłem ofiarnym, zwykłym popychadłem. To szkolna przemoc często decyduje o wyborze edukacji domowej.

Rodzice wybierają ją również ze względu na przekonania religijne oraz to, że szkoła jest miejscem politycznych wpływów.

Ale to jest naprawdę ostateczność. Edukacji domowej nie należy traktować jako ideału. To tylko mniejsze zło. Ta alternatywna forma edukacji, podobnie jak pedagogika waldorfska czy montessoriańska, systemy kształcenia oparte na holistycznej wizji człowieka, znakomicie sprawdzają się w pierwszych latach nauki. Posyłając dziecko do takiej placówki, rodzic ma pewność, że jego talent i potencjał nie zostaną zmarnowane.

Później ten sam rodzic pragnie, aby jego dziecko udało się do szkoły publicznej, gdzie zachowany jest klasyczny układ: katedra, ławki i wykładający nauczyciel. Gdzie się dużo wymaga, bo dziecko do tego już dorosło. W Łodzi istnieje liceum ze specjalną pedagogiką, ale do niego trafia młodzież słabsza psychicznie.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...