Hiob z Oregonu

W krótkim czasie książka zyskała wielką popularność wśród chrześcijan różnych wyznań, co zaniepokoiło niektórych duchownych i liderów religijnych. Więź, 2-3/2010



Przypomina się tu stanowisko indyjskiego teologa katolickiego – Michaela Amaladossa, który słusznie stwierdza, że obrazy, choć mogą być związane z pewnymi stwierdzeniami teologicznymi, nie mają za zadanie przekazywać doktryny, lecz pobudzać człowieka do głębszej relacji z Bogiem. Ta idea towarzyszy również Youngowi, który rzeczywiście miejscami nie troszczy się zanadto o „dogmatyczną poprawność” swojego wyobrażenia Trójcy i relacji między jej Osobami.

„Bycie Bogiem jest wolnością w miłości” – stwierdził krótko Walter Kasper. Young starał się obrazowo i narracyjnie rozwinąć tę trafną definicję. „Wolność w miłości” – podstawowa relacja pomiędzy boskimi Osobami Trójcy – uznana została za wzorcową także dla ludzi. Wolność, miłość i egalitaryzm mają manifestować się i realizować w służeniu sobie wzajemnie. „W relacjach z innymi – mówi Sarayu – nigdy nie chodzi o władzę, a jedyny sposób, żeby nie narzucać komuś swojej woli, to ograniczyć się i służyć.” Właściwie powtarza ona to, co głosi Jezus (Mk 10,42-45; Mt 20,25-28).

Pokazanie pozbawionych sztywnej, „sterylnej i zimnej świętości” osób Trójcy wzajemnie sobie usługujących, bez jakiejkolwiek widocznej hierarchii i podporządkowania naraziło Younga na zarzut propagowania nieortodoksyjnego obrazu Trójcy. Autor jednak nie narusza dogmatycznej poprawności i – bardziej lub mniej świadomie – sięga do tradycji zwanej perychoreizmem. Nieco wcześniej do tej koncepcji nawiązywał Jürgen Moltmann opisując relacje wewnątrz Trójcy również oparte na miłości, a nie na hierarchii.

Jeśli Ojciec, Syn i Duch św. połączeni są ze sobą miłością, to ich jedność polega na ich zjednoczeniu. Zadziwiająca jest zgodność poglądów Moltmanna i Younga. Używają nawet podobnych, bardzo plastycznych ilustracji. Sarayu, określana też jako „taniec bytu”, chodzi ubrana w szaty z delikatnej tkaniny, która powiewa przy najlżejszym podmuchu wiatru i przy każdym wypowiedzianym słowie. Moltmann przybliżając perychoretyczną Trójcę powołuje się na greckie czasowniki perichoreuo – tańczyć dookoła i perichoreo – kręcić się, wirować, a relacje trzech Osób porównuje do działania kalejdoskopu, w którym nieustannie zmieniają się kolory i kształty. Taniec wyraża radość i wolność. Jest działaniem, które nie wypływa z potrzeby i konieczności, lecz z miłości i bezinteresowności. Stanowi więc odbicie dynamizmu i harmonii cechujących Boga.

Podobnie jak Moltmann także Young ahierarchiczną perichoresis transponuje na Kościół, który powinien być „wspólnotą Chrystusa ożywianą mocą Ducha, by doświadczyć Boga, który otacza ludzi ze wszystkich stron i doprowadza do rozwoju nowego życia”. Trudno, aby taka wspólnota zbudowana była hierarchiczne. Jak za czasów apostolskich wszystko powinno być w niej wspólne, nikt nie powinien cieszyć się większymi przywilejami niż inni i nikt nie powinien ograniczać wolności innych (Dz 4,32-34). Wyraźnie tęskni za nią Mack, a jeszcze bardziej Young krytykujący instytucje religijne, w których ludzka hierarchia i żądza władzy stłumiły równość w Chrystusie i wolność.

Dramatyczne w areligijnym świecie pytanie, czemu i komu służy pojmowany systemowo Kościół zadał już Moltman. Można zaobserwować (czyżby też nieprzypadkowe?) podobieństwo użytych przez Moltmanna i Younga formuł. Czy Kościół służy religii obywatelskiej jakiegoś kraju czy uniwersalnej wolności Ukrzyżowanego? Służy utrzymaniu porządku i prawa, czy wyzwoleniu ludzi, dla których Ukrzyżowany jest bratem? Złamany tragedią Mackenzie nie znalazł w Kościele instytucjonalnym wyzwolenia ani od smutku, ani od poczucia winy, nie doświadczył ocalenia, nie odczuł wreszcie ani sensu swojego cierpienia, ani przygarniającej i współcierpiącej obecności Boga.

Prawdopodobnie dlatego, że wybrał złą kolejność – zaczął od Kościoła, a nie od Chrystusa, który jest fundamentem wszelkiej eklezjologii. Instytucje i legalizm nie wyczerpują religijności, czasem nawet są przeszkodą w nawiązaniu osobistych relacji z Bogiem, gdy np. ograniczają się do bezrefleksyjnego uczestnictwa w rytuałach. Zresztą to samo odrzucał Jezus, a Bóg już w Starym Testamencie mówił: „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń” (Oz 6,6). Jeśli Mack nie otrzymał w swoim zborze wskazówki, jak ma odbudować swoje zdruzgotane wnętrze, powinno dać to do myślenia nie tylko jemu, ale przede wszystkim tym, którzy stoją na czele tej wspólnoty i – być może – uczynili z niej hierarchiczny system, a nie potrafili przełożyć obrazu małżeńskiej więzi Jezusa i Kościoła na stosunki wewnątrzkościelne.



«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama