Instrukcja (nad)używania symboli

Przewodnik Katolicki 36/2010 Przewodnik Katolicki 36/2010

Wojna na symbole to najbardziej niszczycielska z bezkrwawych batalii. Bezlitosna, niebiorąca jeńców, zostawiająca głębokie rany. Wystarczy popatrzeć dziś na ulice Nowego Jorku i Warszawy.

 

Posiadłość na Manhattanie

Podobnie będzie zapewne z pomnikiem pamięci na miejscu zburzonych wież nowojorskiego WTC. „Zwierciadło nieobecności”  - tak ma się nazywać zwycięski projekt autorstwa Michaela Arada, który upamiętni ofiary zamachu  z 2001 roku. To projekt bardzo oszczędny w formie, bazujący raczej na pustce niż jakiejkolwiek dosłownej symbolice, pozostawiający sporo przestrzeni na oddziaływanie ludzkiej wyobraźni. Szkopuł w tym, że w Strefie Zero – tym wielkim nowojorskim cmentarzysku, które pochłonęło ponad 2700 istnień ludzkich - nie ma nadal miejsca, gdzie można się w sposób godny pomodlić za ofiary pamiętnego ataku. Bezskuteczne okazują się jak na razie zabiegi o odbudowanie prawosławnej Cerkwi św. Mikołaja – jedynej świątyni zniszczonej w czasie zamachu na WTC. Ostatnio wstrzymano nawet rządowe dotacje na ten cel. Podobny pat greccy prawosławni zanotowali w rozmowach z urzędnikami nowojorskiego ratusza. Powodem odmownej decyzji miały być większe niż pierwotnie rozmiary odbudowywanej świątyni. - Jesteśmy rozczarowani. Ten mały kościółek zasługuje na to, żeby go odbudować. To symbol nie tylko dla prawosławnych, nie tylko dla chrześcijan, ale dla wszystkich Amerykanów – gorzko skomentował obecną sytuację przedstawiciel Kościoła prawosławnegoo. Mark Arey.

Smaczku całej sprawie dodaje zaś fakt, że jednocześnie coraz poważniej mówi się o budowie meczetu i towarzyszącego mu ogromnego centrum kultury muzułmańskiej właśnie na terenie Strefy Zero. Dzieje się tak, ponieważ amerykańscy wyznawcy islamu, w przeciwieństwie do wiernych chrześcijańskich, mogą liczyć w tej sprawie na przychylność obecnej administracji Białego Domu. Budowę meczetu osobiście poparł prezydent USA Barack Obama, który podczas niedawnej kolacji z okazji rozpoczęcia muzułmańskiego ramadanu stwierdził: „Uważam, że muzułmanie mają takie same prawo do praktykowania swej religii, jak ktokolwiek inny w tym kraju. Odnosi się to również do prawa budowy miejsca kultu na terenie prywatnej posiadłości na Dolnym Manhattanie”.

Człowiek z Husajnem w nazwisku

Po tej wypowiedzi zawrzało w całej Ameryce. „Decyzja budowy meczetu koło Strefy Zero jest głęboko niepokojąca, podobnie jak decyzja prezydenta, aby to poprzeć. Nie jest to kwestia prawa i wolności religijnej. Podstawowym problemem jest tu szacunek dla tragicznego momentu naszej historii” – grzmiał przywódca republikańskiej mniejszości w Izbie Reprezentantów John Boehner. Jeszcze ostrzej wypowiedziała się była kandydatka na wiceprezydenta USA Sarah Palin, porównując pomysł powstania meczetu w Strefie Zero do budowy przez Serbów cerkwi w miejscu masakry Muzułmanów w Srebrenicy.

Z kolei zwolennicy centrum argumentowali, że jest to właśnie doskonała okazja do tego, by pokazać inną, lepszą, bardziej cywilizowaną twarz islamu, a także dać wymowny dowód amerykańskiego przywiązania do wolności religijnej. Ich zdaniem zakaz budowy meczetu stanowiłby pośmiertny triumf terrorystów z 11 września, przeprowadzających swoje samobójcze zamachy właśnie w celu wywołania wrogich podziałów we współczesnym świecie.

Zdecydowana większość Amerykanów uważa jednak, że taka lokalizacja raniłaby uczucia rodzin ofiar ataku na WTC. Według sondażu telewizji CNN, 68 procent ankietowanych sprzeciwia się pomysłowi budowy meczetu w Strefie Zero.

Cała ta awantura nie mogła oczywiście pozostać bez wpływu na notowania prezydenta i jego wizerunek w amerykańskim społeczeństwie. Wielce wymowny jest zwłaszcza niedawny sondaż opublikowany przez „Washington Post”, z którego wynika, że aż 20 procent Amerykanów uważa, iż prezydent USA jest… muzułmaninem! I nie chodzi tu tylko o drugi człon jego nazwiska – czyli mało swojsko brzmiącego „Husajna” - oraz dość częste religijne wolty Obamy, w rezultacie których trudno właściwie powiedzieć, jakiego Kościoła wyznawcą jest dziś amerykański prezydent. Rzecz w tym, że w ostatnim czasie Obama wykonał szereg gorliwych, politycznie poprawnych gestów, który sprawiły, że w ciągu zaledwie jednego roku podwoiła się liczba Amerykanów, którym ich przywódca jawi się jako wyznawca islamu. Co prawda, redakcja „Washington Post” zastrzegła, że sondaż został przeprowadzony zanim jeszcze prezydent wyraził swoje poparcie dla idei budowy meczetu w Strefie Zero, jednak późniejsze badania tylko potwierdziły niekorzystny dla Obamy trend. Według tygodnika „Time” w ciągu zaledwie kilku dni liczba osób przekonanych o islamskiej prawowierności Obamy zwiększyła się o kolejne kilka procent.

Biały Dom zareagował natychmiast: „Prezydent Obama jest zaangażowanym chrześcijaninem i wiara jest ważną częścią jego codziennego życia” – oznajmił prezydencki rzecznik prasowy Bill Burton. Ale mleko już się rozlało i niekorzystne wrażenie trudno będzie teraz zatrzeć. Obserwatorzy tamtejszego życia politycznego są przy tym wyjątkowo zgodni: istnieje wyraźna zależność pomiędzy postrzeganiem Obamy jako chrześcijanina a pozytywnymi ocenami jego prezydentury. Gra idzie więc o jego polityczne być albo nie być.

I niech ten przypadek da do myślenia kilku naszym czołowym politykom, którym marzy się polityczna samodzielna ufundowana na wojnie z krzyżem i spektaklu politycznej poprawności. Igranie z symbolami kończy się bowiem często w sposób zgoła nieprzewidywany dla tego, kto wywołuje lub podsyca taką wojnę.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama