Rok w cieniu Smoleńska

Przeewodnik Katolicki 15/2011

Dosłownie kilka chwil po informacji o katastrofie Tu-154 powiedziałem publicznie: „wierzę, że Smoleńsk stanie się naszym narodowym opamiętaniem”. Jakiż ja byłem wówczas naiwny.

 

Mam wrażenie, że od tamtego momentu upłynął nie okrągły rok, ale długie lata świetlne. Wydarzenia z kwietnia 2010 r. wydają mi się dziś kompletnie nierealne i dawno przebrzmiałe, niczym bajka o żelaznym wilku. A jeśli nawet uznamy, że to wszystko nam się jednak naprawdę przydarzyło, to pojawia się inny problem: jak pomieścić i nazwać ów „rok w cieniu Smoleńska”? Z jednej strony mamy bowiem narodową żałobę na niespotykaną skalę i kilometrowe kolejki przed Pałacem Namiestnikowskim, a z drugiej śmieciarki jeżdżące po tym samym Krakowskim Przedmieściu i czyszczące je z tlących się tam jeszcze zniczy; tłumy warszawiaków rzucających kwiaty na prezydencką trumnę i najświeższe sondaże, z których wynika, że Smoleńsk jest dziś dla Polaków tematem głównie nudnym i męczącym (twierdzi tak aż 78 proc. ankietowanych przez CBOS).

Mamy więc dwie zupełnie nieprzystające do siebie rzeczywistości, a między nimi oczywiście jeszcze całą gamę pośrednich postaw, zachowań i słów, składających się na skomplikowany portret polskiego życia społecznego w krótkim przedziale czasowym – od kwietnia 2010 r. do kwietnia 2011 r.

Zmarnowane sukno

Dobrej woli starczyło ledwie na kilkanaście dni.

Właściwie to już nawet nie wiem, kto pierwszy zaczął na powrót bić w wojenne bębny: manifestanci sprzeciwiający się pochówkowi pary prezydenckiej na Wawelu czy raczej ci, którzy wołali do krytyków prezydentury Lecha Kaczyńskiego „na kolana, posypywać głowy popiołem”? A może byli to „zniesmaczeni” salonowi celebryci, dystansujący się od polskiego żałobnictwa narodowego i wzbudzania na powrót „demonów patriotyzmu”. Tak, tak, dokładnie takie określenia padały z ust niektórych panów dziennikarzy i pań filozofek. W każdym razie owo pękniecie „ogólnonarodowej jedności” – jak ochrzciły ją na poczekaniu media – nastąpiło na długo przedtem, nim wśród młodej warszawskiej „elity” modne stało się paskudne hasło „jest krzyż, jest impreza”.

Swoje zrobiły także same media, tak bardzo chwalone początkowo za takt, zwolnienie informacyjnego tempa, a nawet za „odnalezienie” w archiwach ładnych zdjęć pary prezydenckiej. Ale kiedy skończyła się smoleńska pożywka, a Polacy wrócili do swoich codziennych problemów, dziennikarze skupili się na powrót na tym, co wychodzi im najlepiej i co stanowi przede wszystkim o ich racji bytu: na szczuciu, podsycaniu politycznych sporów i żerowania na „wrzutkach” polityków. Zatrzymana na chwilę machina, ruszyła po prostu dalej swoim zwykłym trybem miażdżącego walca. Zupełnie tak jak fabryczne krosna w Ziemi obiecanej, po śmiertelnym wypadku jednego z robotników. Media zachowały się w tym przypadku identycznie jak Reymontowski Karol Borowiecki, rzucający pod adresem robotników: „do maszyn”, a do siebie pod nosem „tyle sukna zmarnowanego”…

Złoty róg Komorowskiego

Kluczową postacią dla całego minionego roku okazał się Bronisław Komorowski.

Jak wiadomo, marszałek Sejmu przejął obowiązki prezydenta RP już w pierwszych godzinach po katastrofie smoleńskiej. Szybko, bezboleśnie, sprawnie. Czy równie dobrze wywiązał się jednak z zadań powierzonych mu w trudnym momencie „bezkrólewia”? No cóż, opinie na ten temat są podzielone i rozkładają się mniej więcej zgodnie z główną linią podziału politycznego w naszym kraju. Tyle oficjalnie. Ale gdzieś tam w rozmowach „samych swoich”, nawet w kuluarach Platformy Obywatelskiej, mówi się po cichu, że Komorowski nie sprawdził się w roli „narodowego strażaka ponad podziałami”. W czasie żałoby narodowej wypadł bezbarwnie, sztywno, nie potrafił okazać ani emocji, ani empatii. A i potem raził głównie małostkowością i bezdusznością. Tak jak wtedy, gdy cichcem odsłaniał naprędce przygotowaną tablicę „ku czci” ofiar katastrofy. Mógł przejść do historii jako człowiek, który wzniósł się ponad partyjne podziały i w tragicznym dla kraju momencie zajął się łataniem wszelkich animozji, a tymczasem stał się pośrednio i bezpośrednio przyczyną kłótni gorszych niż przed smoleńską katastrofą.

Złożyły się na to jego złe, pochopne i kontrowersyjne decyzje personalne oraz polityczne. Komorowski zamiast skupić się na roli bezstronnego notariusza, skrupulatnie pilnującego powierzonego mu czasowo majątku, zabrał się za partyjne majstrowanie przy ustawach. Tak było choćby w przypadku nowelizacji ustawy o IPN, przewidzianej do zawetowania przez Lecha Kaczyńskiego. Tyle tylko, że prezydent nie zdążył tego zrobić przed odlotem do Katynia. Komorowski ustawę jednak podpisał…

A potem, już po wygraniu wyborów, była ta jego nieszczęsna decyzja o usunięciu krzyża sprzed Pałacu Namiestnikowskiego na Krakowskim Przedmieściu. Komorowski tłumaczył oczywiście, że „symbole religijne powinny być usunięte z miejsca publicznego” (nie wiedzieć właściwie czemu), a sam „krzyż stał się elementem gry politycznej”. Szkopuł w tym, że to właśnie na skutek tej decyzji wojna polityczna rozgorzała ze zdwojoną siłą.

W tym kontekście gorszące sceny na Krakowskim Przedmieściu z udziałem agresywnych i pijanych „przeciwników krzyża” powinny jeszcze długo śnić się Komorowskiemu po nocach…

Hiob wstał

W tzw. międzyczasie mieliśmy jednak jeszcze kampanię przed przedterminowymi wyborami prezydenckimi. O dziwo kampanię wyjątkowo łagodną jak na żenujące niskie standardy debaty publicznej w Polsce. Tym bardziej to zaskakujące, że akurat po politykach spodziewać się można było najmniej. Tak jakby do końca nie wiedzieli, na co mogą sobie pozwolić i czego po Smoleńsku oczekuje od nich społeczeństwo. A może się mylę, może rzeczywiście na ten jeden krótki moment zwyciężyło w nich poczucie przyzwoitości i pewna solidarność zawodowa w obliczu tragicznej śmierci tak wielu polskich parlamentarzystów? Faktem jest, że – oprócz skrajnych przypadków ekscesów z udziałem notorycznych chuliganów politycznego słowa – reszta debatowała w miarę kulturalnie i bez wyciągania na wierzch smoleńskich haków. A to już dużo.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...