Burzył mury

Przewodnik Katolicki 18/2011 Przewodnik Katolicki 18/2011

Sporo ich było. Te wielkie i prawie niewidoczne; grube, w które trzeba było uderzać z całej siły, i takie, które upadały od jednego papieskiego spojrzenia. Mury pontyfikatu Jana Pawła II.

 

Mur komunizmu

Na początek skojarzenie najbardziej oczywiste, wręcz dosłowne, bo dotyczące upadku muru berlińskiego. Dziś żaden szanujący się politolog nie ma już wątpliwości, że krach komunizmu był wypadkową dwóch czynników: nieubłaganych prawideł ziemskiej ekonomii – która nie pozwoliła na dalsze funkcjonowanie skrajnie niewydolnego systemu  – oraz właśnie wpływu ekonomii wiary. Moc Ducha uosabiana przez papieża zza żelaznej kurtyny stała bowiem w tak wielkiej sprzeczności z komunistyczną fikcją propagandową, że całe to „imperium zła”,  prędzej czy później, musiało zawalić się niczym domek z kart. Od Berlina aż po Władywostok.

Miał więc rację radziecki gensek Leonid Breżniew, mówiąc do swojego polskiego odpowiednika Edwarda Gierka, w przeddzień pierwszej pielgrzymki Jan Pawła II do ojczyzny: „Radzę wam, nie przyjmujcie go, bo będziecie mieli z tego wielkie kłopoty”. I kłopoty rzeczywiście były. Papieskie słowa wypowiadane w Warszawie, Oświęcimiu, Krakowie czy Gdańsku okazały się wielkimi gwoździami do politycznych trumien wszystkich tych żiwkowów, husaków, jaruzelskich i andropowów.

I tylko owej mocy Ducha Świętego zawdzięczać możemy, że cała ta bezprecedensowa rewolucja dokonała się w sposób niemalże bezkrwawy.

Mur ludzkich serc

Niewiele osób pamięta dziś, jak wyglądała Polska epoki późnego Gierka: marazm, apatia, zniechęcenie i raczkujące próby zorganizowania opozycji antykomunistycznej, zderzające się z szarą rzeczywistością walki o papier toaletowy i przydziałową szklankę. Dryfowanie. I wtedy pojawił się on. To dla niego ludzie wyszli na ulice w bezprecedensowym, oddolnym „Narodowym Spisie Powszechnym”. Polacy mogli wreszcie „policzyć się” i zobaczyć, jak wielką stanowią siłę jako solidarna zbiorowość. W jednej chwili papież zburzył w sercach Polaków mury ufundowane na nieufności, „tumiwisizmie”, braku wiary i niedostatkach odwagi.

A potem reanimował nas duchowo jeszcze wiele razy: w 1983 r., kiedy naród z przetrąconym przez stan wojenny kręgosłupem znów wyszedł na ulice po to, by przekonać się, że nadal „moc jest z nami”. I w wolnej Polsce, gdy po solidarnościowej euforii przyszło kolejne zniechęcenie, tym razem w zderzeniu z twardymi realiami gospodarki wolnorynkowej. Za każdym razem papieskie słowa przywracały nas jednak „do pionu”. Dopóki go nie zabrakło…

Mur getta

Stosunek Jana Pawła II do „starszych braci w wierze” bardzo łatwo można sprowadzić do ładnej ikonki oprawionej w zdanie: „pierwszy papież, który przekroczył próg synagogi”. Ale to byłoby zbyt wielkie uproszczenie, nieobejmujące w istocie ogromu pracy wykonanej przez papieża Polaka dla zburzenia wysokiego muru nieufności wyrosłego między katolikami i żydami.

Nie sztuką jest bowiem stanąć u podnóża jerozolimskiej Ściany Płaczu. Trzeba to jeszcze zrobić w taki sposób, aby nikt, nawet najbardziej zapiekły krytyk, nie mógł powiedzieć: to tylko tani chwyt, pusty gest obliczony na pokaz, bezwartościowa ekumeniczna „poprawność religijna”. Papieżowi udało się uniknąć tego wrażenia. Był maksymalnie autentyczny, bo stało za nim doświadczenie chłopca z małego polsko-żydowskiego miasteczka w Galicji, któremu w chwili dorastania przyszło patrzeć, jak cały ten świat ginie w szaleństwie Holokaustu.

I rzecz charakterystyczna: z woli samego papieża w owym odnowionym dialogu katolicko-żydowskim nie było programowej symetrii, określania warunków brzegowych ani domagania się „czegoś w zamian”. Papież kroczył ścieżką pojednania, nie oglądając się na innych i tak pewnie, jakby przemierzał swoje rodzinne, beskidzkie szlaki. „Pojednanie to droga jednokierunkowa” – zwykł mawiać.

Mur złotej klatki

Wbrew obiegowym opiniom Jan Paweł II nie był wcale pierwszym nowożytnym papieżem wyruszającym z apostolstwem poza mury Watykanu. Sporo pielgrzymował już Paweł VI, któremu udało się dotrzeć praktycznie na wszystkie kontynenty. Nikt jednak wcześniej nie robił tego na taką skalę i w tak spektakularny sposób jak papież Polak.

On wyraźnie i z premedytacją wkładał głowę do jaskini lwa. Pojawiał się w najbardziej zapalnych miejscach świata: na Bałkanach i w sfanatyzowanych krajach islamskich; wśród  mieszkańców głodującej Afryki i stając twarzą w twarz z wojującymi antypapistami w państwach zachodniej Europy; na salonach światowej polityki i w fawelach brazylijskiej biedoty, w nędznych leprozoriach i w przepychu królewskich komnat. Każda zaś Janowopawłowa pielgrzymka była wydarzeniem arcyważnym, które przez wiele dni, miesięcy, czasem nawet lat odciskało swoje piętno na rzeczywistości odwiedzanego kraju.

Nie dane mu było jedynie złożyć swojego charakterystycznego pielgrzymiego pocałunku na surowej rosyjskiej ziemi…

Mur powagi

Pontyfikat Jana Pawła II nie bez przyczyny nazywany bywa „epoką kremówkową”. Wbrew pozorom nie jest to jednak wyłącznie przejaw taniego sentymentalizmu i banalizowania papieskiego nauczania. Raczej nieodzowne dopełnienie, bez którego trudno byłoby kolejnym pokoleniom zrozumieć fenomen magnetyzującej osobowości polskiego papieża.

Jak bowiem pomieścić w jednej postaci dwie tak skrajnie różne osoby? Z jednej strony poważnego, niezwykle głębokiego teologa, wychodzącego w swoich rozważaniach daleko poza granice pojmowania ludzkiego umysłu, a z drugiej swojskiego, tryskającego humorem górala Karola Wojtyłę z jego największym atutem: ujmującą bezpośredniością.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama