Miłość w czasach tęczowej kultury

Przewodnik Katolicki Przewodnik Katolicki
28/2011

„Ja wiem, polokoktowcy nas nie kochają. Ale my ich będziemy tak długo kochać, aż oni nas wreszcie pokochają”. Pamiętają to Państwo? Dokładnie w taki sam sposób „Gazeta Wyborcza” przekonuje dziś Polaków do akceptacji związków homoseksualnych.

 

Gdyby chodziło o jeden, dwa artykuły w tygodniu, można byłoby jeszcze od biedy machnąć na to ręką. Ale sześć, siedem, dziennie? Nie ma mowy o przypadku, to zorganizowana propagandowa akcja „Gazety” na rzecz usankcjonowania homoseksualizmu jako kulturowej normy – i to normy wartej ochrony i wsparcia ze strony państwa i społeczeństwa. To taki homoseksualny „plan pięcioletni”, drobiazgowo rozpisany, z podziałem na etapy, role i głosy. Wszystko wygląda zresztą dokładnie tak, jak w owej bierutowskiej pięciolatce: jedna, z góry przyjęta teza, a to, co do niej nie pasuje, jest odrzucane, ignorowane, obśmiewane i brutalnie niszczone. W końcu założenia są „jedynie słuszne”.

Problem w tym, że nie są. Bo oto w chwili, kiedy grozi nam katastrofa demograficzna i emerytalna zapaść na niewiarygodną skalę, „Wyborcza” cynicznie, na „bezczela”, postanawia podeptać swoim medialnym buciorem tradycyjny model rodziny. Doprawdy trudno o większą głupotę i większe ideologiczne zaślepienie.

Tęczowe „ochy” i „achy”

Najpierw trzeba oczywiście dowartościować ów „nowy wspaniały świat”. „Gazeta” lubuje się zwłaszcza w ckliwych relacjach z tęczowych „rodzinnych” pikników, na które przychodzą homoseksualne „rodziny”, by wspólnie poplotkować, powymieniać rodzicielskie uwagi i pokrzepić się w walce z dyktatem homofobicznej większości. Reszty sztafażu dopełnia wata cukrowa, baloniki, szczudlarze plus uśmiechnięte zdublowane mamusie i tatusiowie. Ot, zwykłe, sympatyczne rodziny. Takie „normalne”…

Na podobnej zasadzie konstruowane są gazetowowyborcze relacje z parad równości i antydyskryminacyjnych manif, happeningów i nasiadówek. Nigdy na pierwszy plan nie wybija się tych najbardziej agresywnych i wyzywających przedstawicieli społeczności LGTB. Czasami tylko mignie gdzieś na moment jakaś pojedyncza transseksualna postać albo stary satyr w peruce na głowie i damskich łaszkach, ale są to jedynie takie kolorowe „dodatki”.

Akcent medialnych przekazów kładziony jest na „normalność” – słowo, które w odniesieniu do gejów, lesbijek i transseksualistów odmieniane jest może nawet częściej niż „równość” i „dyskryminacja”. Jeśli więc przeczytamy o parce radośnie obściskujących się chłopaków, to możemy być niemal pewni, że obok nich pojawi się zaraz jakaś prawdziwa, damsko-męsko rodzina, dzierżąca w dłoniach tęczowe flagi w geście solidarności z „prześladowanymi” gejami. Najlepiej z dziecięcym wózkiem w tle. Albo głos zabierze postępowa babcia, która przyprowadziła na paradę swojego wnuczka, aby zobaczył na własne oczy, czym jest „prawdziwa tolerancja”.

W „Gazecie” nie uświadczymy również ani słowa o ciemnej stronie homoseksualnego światka: o obrazoburczych publicznych wystąpieniach gejów na zachodzie Europy, o zakłócaniu nabożeństw, o fizycznej i słownej agresji wobec „bigotów”, o perwersjach modnych gejowskich klubów, o zdradach, samotności, chorobie i opuszczeniu.

Zamiast tego dziennikarskie pióra „Wyborczej” wolą piać z zachwytu nad widokiem przytulających się na stacji warszawskiego metra par, wśród których prym wiodą oczywiście homoseksualiści – uczestnicy jednego z modnych ostatnio, pozornie przypadkowych zbiegowisk nazywanych „flashmobami”. Albo cmokać i „ochować” nad burmistrzem z SLD, co to nie boi się wieszać tęczowej flagi przed budynkiem ursynowskiego ratusza.

Wszyscy jesteśmy łukaszenkami

Barwne, wesołe i fantazyjne inicjatywy środowisk homoseksualnych zderzane są na łamach „Wyborczej” z zaciętością, ponuractwem i bezdusznością konserwatywnych „zacofańców”. I w tym miejscu kończy się łagodny język „Gazety”, a zaczyna brutalne tropienie rodzimych „homofobów”. To zresztą ulubiona metoda „debaty” z adwersarzami, stosowana przez tych, „którym nie jest wszystko jedno”: wykpić, wytknąć, opluć, opluskwić, zdeptać, odmówić honoru, uczciwości, przyzwoitości, prawa do innego zdania. Wszystkie chwyty dozwolone w obronie „prześladowanych”. Szydzenie „po nazwiskach”, ale i potępianie zbiorowe. Modne jest zwłaszcza odcinanie się na wyprzódki od ciemnego Polaka-katolika i całego tego jego bagażu głupawego przywiązania do tradycji, rodziny i wiary.

Warto w tym miejscu może przywołać fragment tekstu Zmiana? To straszne autorstwa Marka Beylina – komentarza bardzo charakterystycznego dla aktualnej gazetowowyborczej stylistyki: „Dziś już nie naród jest w niebezpieczeństwie, lecz rodzina – ostatni filar anachronicznego polskiego konserwatyzmu. I to rodzina nie byle jaka, tylko skonstruowana na wzór jednolitego narodu. Złożona z figur Ojca i Matki ma stanowić zaporę przed złym, rozchwianym światem. Musi być więc tradycjonalna, konserwatywna i hierarchiczna. (…) Nawet jeśli życie w takiej rodzinie przysparza cierpień, jest ona i tak bardziej słuszna niż związki partnerskie, zwłaszcza homoseksualne” – kpi autor.

A jeżeli to za mało, jeżeli taka „wyrafinowana” publicystyczna retoryka nie wystarcza, zawsze można odwołać się do chwytów bardziej łopatologicznych i udowodnić na przykład, że przeciwnicy legalizacji związków partnerskich w istocie nie różnią się w niczym od faszystów i dyktatorów. Wystarczy przywołać opinię na „te sprawy”, wygłoszoną przez białoruskiego kołchoźnika Łukaszenkę: „Przyjeżdżają tu znane osoby, orientacji homo i hetero, i wyrzucają mi, że potępiam gejów. Cóż, nie lubię ich. (…) My na Białorusi nie akceptujemy tego, co nienormalne. I nie zmuszajcie nas do tego” (Wojciech Karpieszuk Wolność na pięć minut – „Gazeta Wyborcza/Duży Format”). To co, chcecie być tacy, jak ten białoruski satrapa?! – zdaje się pytać gazeta.

Prawda, jakie to cudownie proste?

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama