Zapatrzona w obłoki

Więź 8-9/2011 Więź 8-9/2011

Nad wierszami Julii Hartwig...

 

Poezja Julii Hartwig zawsze wyrasta z konkretu, podobnie jest w przypadku wierszy rodzinnych, obfitują one w zapamiętane szczegóły, tworzące nasycony klimat emocjonalny. Już po pierwszej lekturze tych wierszy zapamiętałem, jak wielkim pasjonatem fotografii był jej ojciec, skoro potrafił zatrzymać pochód pierwszomajowy, aby wykonać zdjęcie ze statywu postawionego na środku ulicy. Zapamiętałem też utrapienie starszej siostry, która nieustannie poszukiwała pozostawionych przez ojca w dorożce kapeluszy. Poetka wspomina jego miłość do opery, literatury rosyjskiej, o oszczędności i zarazem fantazji w nabywaniu luksusowych przedmiotów.

Po latach próbuje zrozumieć udrękę swej matki, uciekinierki z Rosji po rewolucji, wrzuconej w obce środowisko. Przywołuje prawosławne obrzędy wielkanocne w lubelskiej cerkwi, w których uczestniczyła z matką. A tragiczna samobójcza śmierć matki zostaje wyrażona obrazem niedokonanego lotu.

Kiedy znaleźliśmy ją na dziedzińcu tamtego ranka,
wyglądała jakby po prostu idąc potknęła się i upadła.
O, mamo, jak to się stać mogło?
Z  nas wszystkich ty jedna powinnaś była umieć latać.

Podobnie nie brak szczegółów dotyczących wyglądu, charakteru, osiągnięć życiowych utalentowanych barci – medyka Walentego i fotografika Edwarda. Poezja przywołująca bliskie osoby pozostaje świadoma granic poznawczych i w końcu nie wiadomo, czy szczegóły zewnętrzne, a nawet opis cech charakteru, więcej odsłaniają czy zasłaniają z tajemnicy człowieka. Pisarska pokora kazała napisać w zakończeniu narracyjnego wiersza: „Nie umiem nakreślić portretu moich braci”. Właśnie to zdanie staje się osią wspomnieniowej poezji rodzinnej – chwiejną osią, ale jedyną możliwą, bo zakotwiczoną w prawdzie biografii, a ściślej mówiąc, autobiografii, z której czerpie sztuka i nie zawsze potrafi sobie z nią poradzić. Ale sztuka świadoma swej ułomności przekracza siebie, staje się nieoczekiwanie bardziej transparentna.

W wierszach lubelskich są również wspomnienia szkolne. Julia Hartwig była uczennicą  założonego w 1921 roku żeńskiego Gimnazjum im. Unii Lubelskiej. Szkolna czytelnia dobrze przygotowywała do uczestniczenia w kulturze wielowątkowej, ideologicznie zróżnicowanej, skoro uczennicom udostępniała, jak czytamy w wierszu, „Wiadomości literackie”, „Pion” i „Prosto z mostu”.

Do szkoły chodziły także Żydówki. Im poświęcony został poruszający wiersz Koleżanki, osadzony w scenerii klasy:  

Głos łacinniczki był jakby trochę ostrzejszy,
kiedy się do nich zwracała.
(Nigdy po imieniu)
Miriam była zawsze doskonale przygotowana,
Reginka słabsza, ale poprawna.
Trzymały się razem
i razem wychodziły z klasy przed lekcją religii.

Ostatni raz spotkałyśmy się niespodziewanie u wylotu ulicy Lubartowskiej,
na granicy świeżo utworzonego getta.
Stały tam onieśmielone jakby przydarzyło im się coś wstydliwego.

Dramatyzm tego wiersza kulminuje w drugiej części, ale narasta od pierwszego wersu: „głos łacinniczki był jakby trochę ostrzejszy”. Nie, nie ma tu oskarżenia, jest raczej gorzka konstatacja. Antysemityzm nauczycielki nie był ostentacyjny, a jednak unikanie imion Żydówek było napiętnowaniem i dyskryminacją. Jeszcze daleko do getta ławkowego i bardzo daleko do getta hitlerowskiego, a przecież była w tym wielka krzywda. Julia Hartwig umieszcza tę pozornie neutralną informację – „nigdy po imieniu” – w nawiasie, co sprawia, że nawias sam staje się komunikatem. Wyraża to, czego nie wyrażają słowa. W zakamuflowanej kulturze antysemickiej w nawias brano realne ludzkie osoby.

Wspomnieniowa poezja Julii Hartwig oparta na mikroobserwacjach staje się świadectwem choroby kultury polskiej w latach międzywojennych. Wraca w swej poezji do czasu młodości bez sentymentalizmu, jest w jej poezji miejsce na czułość, ale jest również miejsce na żal i wstyd. Jest to poezja głębokiej świadomości, naznaczonej doświadczeniami prywatnymi i zbiorowymi.                                                                         

Moment ukojenia 

Ani w Zaułku Hartwigów, ani w Wierszach wybranych nie znajduję wiersza Spotkanie, któremu przypisuję ważne miejsce w całym poetyckim dziele Julii Hartwig. Wiersz ten przeczytałem w tomiku Nie ma odpowiedzi (Sic 2001). Są w nim obrazy nowojorskich Żydów, świętujących Paschę w Parku Brooklyńskim. Szczegóły ich ubrania i poziom radości, świadczą, że są chasydami. Ta, która patrzy – a w wierszach Julii Hartwig patrzenie i spojrzenie organizują często materię poetycką – widzi w eliptycznej kondensacji XX-wieczną historię narodu, któremu przeznaczono Endlösung.  W tym patrzeniu mieści się jednocześnie i pamięć Zagłady i radość ocalenia. Trudno o bardziej pojemne ogarnięcie ludzkich losów, trudno o głębszy stopień empatii.

Moi piękni Żydzi! Patrzę na was poprzez szmat własnego życia.
w którym zawarła się również wasza historia
Nie takich widziałam was
pędzonych ulicami Lublina i Warszawy
w najokrutniejszym czasie zagłady
Widzieć was tu
spacerujących bezpiecznie wśród kwiatów i zieleni
to dla świadka tamtych dni moment ukojenia

W tekście poetyckim historia odciska się inaczej niż w historiografii, niesie ją pamięć emocjonalna i pamięć moralna. W tradycji augustyńskiej nazywano ją pamięcią serca. Julia Hartwig rzadko pisze o Szoah, ale skala emocji, jaka dochodzi do głosu w Spotkaniu, świadczy, jak głęboką traumę spowodowała zagłada Żydów w świadomości „świadka tamtych dni”.      

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| HARTWIG, POEZJA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama