Karol Wojtyła: wybór drogi

Przegląd Powszechny 5/2011 Przegląd Powszechny 5/2011

Podstawowe pytanie brzmi: czy droga artystyczna była poważną kontrpropozycją dla powołania duchownego Karola Wojtyły? Wydaje się, że twórczość poetycka, a zwłaszcza występy sceniczne stanowiły tylko tło kluczowej decyzji.

 

Artykuł oparty jest na fragmentach pierwszego tomu mojej książki Droga Karola Wojtyły (Warszawa 2010).

Przeznaczenie Karola Wojtyły rozstrzygnęło się w ciągu niespełna 20 miesięcy między 18 lutego 1941 roku, kiedy umarł jego ojciec, Karol Wojtyła starszy, a nieznanym dokładnie dniem października 1942 roku, gdy Karol syn zapukał do bramy krakowskiego seminarium duchownego. Ciągle jeszcze było to rozdroże, z którego mógł pójść w kierunku powołania artystycznego: aktorskiego bądź pisarskiego, a może obydwu jednocześnie – albo duchownego, które w końcu wybrał.

W jego życiu w tym okresie krzyżowały się różne wpływy. Oprócz wstrząsu spowodowanego śmiercią ojca oddziaływała na niego brutalna, ale fascynująca rzeczywistość ciężkiej pracy fizycznej w kamieniołomie na Zakrzówku, później w fabryce „Solvay”; obok bardzo specyficznej formacji duchowej, jaką otrzymał od Jana Tyranowskiego, bardzo silnie zaznaczał się wpływ Mieczysława Kotlarczyka, który po przyjeździe do Krakowa zorganizował podziemny Teatr Rapsodyczny.

Poczucie osierocenia odegrało w życiu młodego Karola Wojtyły ogromną rolę. Nie miał jeszcze skończonych dziewięciu lat, kiedy stracił matkę, wkrótce potem stracił brata. Jako człowieka i chrześcijanina ukształtował go ojciec: przez ponad dekadę dorastania Karola młodszego byli praktycznie nierozłączni. Ojciec przeniósł się w ślad za nim do Krakowa, zamieszkali razem. Tę więź wzmocnił jeszcze pierwszy rok okupacji, nacechowany rozpaczą i brakiem nadziei.

Wigilię Bożego Narodzenia 1940 roku obydwaj Wojtyłowie spędzili w gościnnym domu Kydryńskich, którzy byli w tym okresie dla nich jak najbliższa rodzina. Lolek mówił do pani Aleksandry, matki jednego z najbliższych przyjaciół – Juliusza – „mamo”, ofiarował jej rękopis swojego najcenniejszego dzieła „Hiob”. Codziennie przychodził do Kydryńskich z menażkami po obiad. Tak stało się też 18 lutego 1941 roku. Zostawił u „mamy” naczynia, a sam poszedł jeszcze do apteki po lekarstwa dla ojca. Wrócił potem na Dębniki w towarzystwie Marii, siostry Juliusza, która miała pomóc w przygotowaniu posiłku. Zastali pana Wojtyłę martwego. Karol rozpaczał, że nie było go przy śmierci matki i brata, a teraz ojca. Po pogrzebie przeniósł się do mieszkania Kydryńskich przy ulicy Felicjanek 10 i pozostał tam do września.

W tym też okresie, na wiosnę 1941 roku, zmienił się charakter jego pracy w kamieniołomie na Zakrzówku. Dotychczas Wojtyła razem z kolegami studentami pracował przy rozbijaniu skał i ładowaniu kamieni na wózki, ale głównie przy układaniu prowizorycznego torowiska kolejki wąskotorowej wożącej urobek. Teraz został pomocnikiem Franciszka Łabusia, mężczyzny znacznie od niego starszego, którego zadaniem było zakładanie ładunków wybuchowych i wysadzanie skał. Wojtyła pomagał mu w nawijaniu drutu, nosił środki strzałowe. Łabuś chciał młodego oszczędzać. Jego dłonie staremu robotnikowi wydawały się delikatne. Często pękały na mrozie, w zetknięciu z kamieniami i sztywnym, ostrym drutem.

Dłonie są krajobrazem. Gdy pękną, to wtedy w ranach
wzbiera fizyczny ból, rwący swobodnie, jak strumień.

– takie słowa można zapisać tylko na podstawie osobistego doświadczenia. Karol Wojtyła po kilkunastu latach napisał poemat „Kamieniołom”[1], niejako na marginesie swojego kapłaństwa. Łabuś widział, że jego pomocnik często się modli. – Lepiej tobie zostać księdzem – mawiał. W odpowiedzi Wojtyła tylko się uśmiechał[2].

Zatrudnienie w kamieniołomie stało się ważnym etapem jego rozwoju duchowego. Jeśli nie liczyć obozów przysposobienia wojskowego, nie pracował dotychczas fizycznie. Na Zakrzówku zetknął się bezpośrednio z prawdziwym ludzkim trudem. Praca wykonywana w warunkach wolnościowych i bez przymusu niewiele różniła się od tej w hitlerowskich obozach. Wobec braku zapewnienia bezpieczeństwa wypadki zdarzały się bardzo często. Szczególne wrażenie wywarła na Wojtyle śmierć jednego z robotników. Wypadek i jego następstwa stały się w jego oczach żałobnym misterium, które pamiętać będzie długo. Tak je po latach opisze

Nie był sam. Mięśnie jego wrastały w ogromny tłum,
dopóki dźwigały młot i pulsowały energią –
lecz trwało to wszystko tak długo, dokąd czuł pod stopami grunt,
dokąd kamień nie zmiażdżył mu skroni
i nie przeciął komór serca.
Wzięli ciało, szli milczącym szeregiem.
Trud jeszcze zstępował od niego i jakaś krzywda.
Mieli bluzy szare, buty wyżej kostek w błocie.
Ujawniali to wszystko,
co wśród ludzi powinno się skończyć[3].

Doświadczenie pracy fizycznej stało się tłem jego rozwoju duchowego, który dokonywał się raczej pod przeciwnym znakiem – bardziej kontemplacji niż aktywności. Po śmierci ojca jeszcze silniej związał się kręgiem Jana Tyranowskiego w parafii przy kościele Świętego Stanisława Kostki na Dębnikach. W maju 1941 roku hitlerowcy aresztowali wszystkich pracujących tam księży salezjanów. Całość duszpasterstwa młodzieżowego, a zwłaszcza Żywy Różaniec spoczął na barkach Tyranowskiego. Karol Wojtyła mu w tym pomagał. Organizowanie i wychowywanie młodzieży było przez Niemców surowo zakazane. Któregoś dnia żandarmi wpadli do kościoła, w którym odbywało się zebranie Różańca. Odeszli jednak, uznawszy Jana Tyranowskiego za nieszkodliwego dziwaka religijnego.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama