Ślad wieczności

Znak 9/2011 Znak 9/2011

W jaki sposób cielesność określa ludzką egzystencję? Co to znaczy, że „jestem ciałem”? To znaczy: jestem śmiertelny. To znaczy także: jestem podatny na cierpienie

 

Jak to możliwe, że zmartwychwstały człowiek nosi w sobie historię zmarłego człowieka, zachowuje jego tożsamość? 

Nie wiem. Nie rozumiem tego. Zastanówmy się jednak przez chwilę, dlaczego tego nie rozumiem. Być może nie jest to zwykła głupota. Być może nie rozumiem tego przejścia (śmierci i zmartwychwstania), bo próbuję je zrozumieć z perspektywy tego, kim jestem i co o sobie wiem. Moja śmierć nie będzie dla mnie po prostu kolejnym doświadczeniem, jakie dorzucę do skarbu zdobytych już doświadczeń. Śmierć to koniec jakichkolwiek doświadczeń. Koniec wszystkiego, co wiem. To, co wiem, nie może mi zatem pomóc w zrozumieniu jej. Dzięki niej nie zrozumiem więc również zmartwychwstania, które ją przezwycięża. Jeśli moje życie kryje w sobie możliwość wykraczania poza wszelkie pojęcia, jakie mogę mieć o sobie, to, być może, także mojej tożsamości nie da się zrozumieć z punktu widzenia tego, co o sobie wiem. Opowieści Nowego Testamentu powtarzają to na każdym kroku: nie wiemy, kim jesteśmy.

Na czym wtedy polega moja tożsamość?

Pani dotychczasowy życiorys nie daje zadowalającej odpowiedzi na to pytanie. Funkcją pojęcia zmartwychwstania – i w tym sensie jego znaczeniem – jest fakt, że podważa ono wszystkie inne, jakie może Pani mieć o sobie. Pani życie, każdy jego moment, kryje w sobie możliwość czegoś całkowicie nowego. Jest radykalnie otwarte na zmianę. Jeśli tak rozumiemy przesłanie opowieści Nowego Testamentu o śmierci i zmartwychwstaniu, to są one dla nas ciągłym, radykalnym wyzwaniem. Jednak nie dlatego, że dodają do naszej wiedzy jakieś nowe informacje, lecz dlatego, że odnoszą się do wymiaru ludzkiej kondycji, do której nasza wiedza nie może dotrzeć i wydobywają na jaw jej głęboki wymiar. Zmartwychwstanie i śmierć Boga, te pojęcia są jak boje unoszące się na powierzchni – wskazują na kryjącą się pod powierzchnią głębię. Nie są jak inne nasze pojęcia o świecie, nie pasują do nich. Nie da się zrozumieć ludzkiej kondycji bez tego niedopasowania, bez tego pęknięcia, bez tej rysy.

Jak zatem można rozumieć pojęcie ciała, które jest znakiem wieczności obecnej w czasie?

Ciało – pisał Nietzsche, a za nim Husserl, Merlau-Ponty i Heidegger – to nie coś, co się ma; ciałem się jest, co znaczy, że mojej tożsamości nie da się określić bez mojej cielesności. „Ciało” – to nie nazwa na cześć człowieka, „ciało” odnosi się do całości mojego życia. Być, w przypadku człowieka oznacza, być cieleśnie. „Bezcielesna egzystencja człowieka” to tyle, co „kwadratowe kolo”. W jaki sposób cielesność określa ludzką egzystencję? Co to znaczy, że jestem ciałem? To znaczy: jestem śmiertelny. To znaczy także: jestem podatny na cierpienie. Jeśli więc chce Pani znaleźć ślad wieczności w naszej cielesnej obecności w świecie, musi go Pani szukać w śmierci i w cierpieniu, w pojęciu zmartwychwstania, w pozytywnym wymiarze ludzkiego cierpienia. Nowotestamentowa opowieść o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa wskazuje też i na ten wymiar, bo przecież cierpienie Jezusa było cierpieniem niewinnego, a nie karą ani zadośćuczynieniem za krzywdę. Było cierpieniem, z którego może się urodzić nowy człowiek. To jak cierpienie matki w połogu.

Dwie wizje cielesności, o których Pan wspomniał, rodzą również dwa różne sposoby postrzegania relacji międzyludzkich. W tej pierwszej, cielesność nie jest czymś, co w istotny sposób odciska się na nich. W drugiej wizji, jeżeli uznajemy, że jesteśmy istotami cielesnymi, to znaczy, że jesteśmy radykalnie oddzieleni od drugiego człowieka i nie możemy tego przeskoczyć. Cielesność odsłania zatem również inne doświadczenie – obcości i bliskości w ich nieprzezwyciężalnym napięciu. Robert Musil w opowiadaniach z cyklu Zespolenia pokazuje, że wysiłek budowania bliskości jest zawsze skazany na niepowodzenie.

Zgadzam się z Musilem. Jeśli cielesność jest charakterystyką ludzkiego życia po prostu, to oznacza to także, że całkowita jedność z kimś innym nie jest możliwa. W pocałunku przeszkodzi zbyt długi nos, noga zdrętwieje, widziany z bliska wyprysk rozczaruje.

To prawda, miłość jest dążeniem do wyrwania się z czasu, do obcięcia wszystkich związków z „było” i „będzie”: żeby ona była tylko moja, niczym więcej, a ja tylko jej. Ale przecież czasu nie da się wyeliminować nawet z tego: przecież zakochałem się w niej jako tej, a nie innej, z taką przeszłością, z tym długim nosem i tym wypryskiem.

Miłość – tak jak i przyjaźń – to zatem także uznanie inności, uznanie kogoś w pełni. Nasza cielesność to nasza wrażliwość na czas, innego człowieka, rzeczywistość oraz na to, co inne. Jest to jednocześnie wysiłek zwalczenia obcości czasu, który zamienia każdą chwilę w niezależną już ode mnie, obcą przeszłość, i przezwyciężenia dystansu do innego człowieka, do kogoś, kogo kocham, do bliźniego. Wysiłek skazany na niepowodzenie.

KRZYSZTOF MICHALSKI –  profesor filozofii na Uniwersytecie Warszawskim i na Boston University. Rektor Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu. Ostatnio wydał Płomień wieczności (2007) oraz Zrozumieć przemijanie (Kronos 2010)


 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama