Teraz już tylko ty mi zostałaś!

Niedziela 12/2014 Niedziela 12/2014

Kontakty z Wujem były takie, jak w większości rodzin, gdzie istnieją silne więzi pomiędzy ciotecznym rodzeństwem (Karol Wojtyła i Felicja Wiadrowska – dzieci dwóch sióstr) czy w relacjach wujek – bratanek i jego rodzina (mój mąż i Karol Wojtyła). Zanim urodziły się dzieci, oboje bywaliśmy dość często w Krakowie, odwiedzając samotną ciotkę Felicję i Wujka, o ile był wtedy na miejscu.

 

MILENA KINDZIUK: – Karola Wojtyłę miała Pani okazję poznać, zanim jeszcze wyszła Pani za mąż za jego ciotecznego bratanka Marka Wiadrowskiego, prawda?

KAZIMIERA KWIECIŃSKA: – Tak, poznałam go w czerwcu 1971 r., choć zanim spotkałam się z nim osobiście, to trochę wcześniej, pod jego nieobecność, ale na jego zaproszenie, byłam kilkukrotnie w jego domu przy Franciszkańskiej. Przyjeżdżałam wówczas do Krakowa, żeby odwiedzić mojego chorego narzeczonego, bratanka kard. Wojtyły. Wujek polecił mnie na nocleg do domu sióstr sercanek, a na śniadanie przychodziłam z Markiem do mieszkania Wujka. Bardzo serdecznie zajmował się nami pan Franciszek, lokaj Księdza Kardynała. (Określenie „lokaj” brzmi strasznie staroświecko i pretensjonalnie, ale taka była funkcja pana Franciszka już u poprzednika kard. Wojtyły i tak zostało).

Kolejny raz, też jeszcze przed ślubem, spotkaliśmy się w smutnych okolicznościach. W sierpniu zmarła Janina Wiadrowska, jedna z dwóch sióstr ciotecznych kard. Wojtyły. Przyjechałam z Markiem na jej pogrzeb, który prowadził Wujek. Na cmentarzu stałam z boku, trochę niepewna, gdzie mam się włączyć do konduktu żałobnego. Wtedy podszedł do mnie Wujek, podprowadził do Marka i ciotki Felicji Wiadrowskiej, mówiąc: „Tu jest twoje miejsce, bo już należysz do rodziny”. Takich słów nie zapomina się do końca życia.

– Jak wyglądało to pierwsze spotkanie w 1971 r., kiedy Marek przedstawiał Panią swemu wujowi Wojtyle jako swoją narzeczoną?

– Kiedy kolejny raz, w 1971 r., mogłam przyjechać do Krakowa, znów okazało się, że Księdza Kardynała nie będzie w Krakowie, bo w niedzielę musi być na wizytacji w Myślenicach. Wcześniej jednak umówił się z Markiem, że właśnie tam może się z nami zobaczyć, żeby w końcu doszło do naszego spotkania.

Do Myślenic dotarliśmy na Mszę św., którą odprawiał Wujek. Przez cały czas jej trwania strasznie denerwowałam się perspektywą osobistego spotkania i przedstawienia mnie jako narzeczonej Marka. Okazało się to jednak zupełnie niepotrzebne. Wujek tak serdecznie i zwyczajnie przywitał się ze mną, że natychmiast napięcie i skrępowanie ustąpiło poczuciu bliskości i akceptacji. Wypytywał mnie o zwyczajne rzeczy – ile mam lat, gdzie pracuję, co będzie z moją pracą po zamieszkaniu z Markiem w Katowicach. Na koniec ucałował i pobłogosławił.

– Niewiele też brakowało, by kard. Wojtyła nie zdążył pobłogosławić Państwa ślubu…

– Rzeczywiście, niewiele brakowało. Wiedząc, że trudno wyliczyć co do minuty pokonanie samochodem trasy z Krakowa do Torunia, ustaliliśmy godzinę ślubu z pewnym marginesem czasowym. Umówiliśmy się z Wujkiem, że jeżeli dojedzie wcześniej, to wstąpi do domu moich rodziców, a jeżeli później, to pojedzie prosto do kościoła. Czas mijał, Wujka nie ma, wszyscy zdenerwowani, a najbardziej Marek. W kościele czekają goście, a przed kościołem „panowie” z bezpieki, którzy śledzili każdy krok Kardynała.

W końcu – telefon od proboszcza, żebyśmy się zdecydowali: albo zaraz przyjedziemy do kościoła, albo przekładamy ślub na inny dzień. Marek, strasznie przygnębiony, podjął decyzję, że jedziemy. To było niesamowite: stoimy pod chórem, żeby ruszyć do ołtarza i wpada (dosłownie!) Wujek w rozwianej pelerynie. W przelocie uścisnął nam tylko ręce i popędził do zakrystii przebrać się do Mszy św. Nie miał już czasu zajrzeć do naszych dokumentów i w czasie ślubu musiał zapytać mnie, jak formalnie mam na imię, bo znał tylko zdrobnienie, jakim mnie od dziecka nazywano. Wszystkich to ogromnie rozbawiło, bo nie zasłonił mikrofonu i pytanie: „Jak ty właściwie masz na imię?” słychać było w całym kościele.

W czasie obiadu weselnego Wujek, przepraszając za spóźnienie, wyjaśnił, że powodem tej sytuacji była pomyłka p. Muchy, kierowcy, w jakimś miejscu trasy. Następnie powiedział, że kiedy okazało się, iż godzina ślubu się zbliża, a są jeszcze daleko od Torunia, zaczął odmawiać Różaniec w intencji dotarcia do Torunia przed naszym ślubem, żeby nie sprawić zawodu młodej parze.

– W swojej książce pt. „Rodzina Jana Pawła II… a jednak istniejemy” opisuje Pani historię ocalenia Karola Wojtyły w czasie okupacji w domu przy ul. Tynieckiej w Krakowie. Jak to się stało, że Niemcy ominęli wówczas ten dom i nie aresztowali przyszłego papieża?

 – Rozmowa podczas jednej z kolacji w Watykanie zeszła na sprawę domu przy ul. Tynieckiej 10 w Krakowie. Chodziło o podjęcie jakiejś decyzji, z czym zwrócono się do mnie jako jednej ze współwłaścicielek tego domu. Wówczas Wujek nadmienił o swoim szczególnym sentymencie do tego miejsca, mówiąc, że w pewnym sensie prawdopodobnie zawdzięcza życie temu, iż Niemcy ominęli ten dom w czasie wielkiej krakowskiej łapanki. Dlaczego tak się stało, można tylko domniemywać. Dom nie stoi bezpośrednio przy ulicy. Być może zasłaniały go krzewy i drzewa w ogrodzie, może furtka była zamknięta, może sprawiał wrażenie, że nikogo tam nie ma. Kto wie? Tak po ludzku trudno to wyjaśnić. Można tylko wierzyć, że wolą Opatrzności było, aby Karol Wojtyła przeżył ten straszny moment, bo Bóg miał wobec niego określony plan i określone zadania do wypełnienia.

– Jak wyglądały Państwa kontakty z Wujem, zanim jeszcze został papieżem? Często się widywaliście? Czego dotyczyły rozmowy? Po listach, jakie pozostały, widać, że relacje były dosyć bliskie.

– Kontakty z Wujem były takie, jak w większości rodzin, gdzie istnieją silne więzi pomiędzy ciotecznym rodzeństwem (Karol Wojtyła i Felicja Wiadrowska – dzieci dwóch sióstr) czy w relacjach wujek – bratanek i jego rodzina (mój mąż i Karol Wojtyła). Zanim urodziły się dzieci, oboje bywaliśmy dość często w Krakowie, odwiedzając samotną ciotkę Felicję i Wujka, o ile był wtedy na miejscu. Pamiętam jedną z pierwszych wizyt po naszym ślubie, na Wszystkich Świętych, a potem 4 listopada wypadały jego imieniny. Z takich znaczących wydarzeń mogę wspomnieć o naszej obecności, ze specjalnym zaproszeniem, w katedrze wawelskiej na 25. rocznicy jego święceń kapłańskich. Poza tym to były zwyczajne odwiedziny, niezapowiadane, bo nie zawsze wiedzieliśmy, kiedy nam się uda pojechać do Krakowa. Czasem musieliśmy dość długo czekać, aż Wujek skończy jakieś spotkania czy inne zajęcia, ale zawsze, jeśli tylko był na Franciszkańskiej, znalazł dla nas czas. Rozmowy były o naszym życiu, o pracy Marka i mojej, o perspektywach własnego mieszkania, o codziennych problemach, o zdrowiu Marka – jak to w rodzinie.

Po narodzinach dzieci do Wujka przeważnie jeździł tylko Marek, a ja mogłam pojechać z nim dopiero, kiedy Ania „okrzepła” i nie było już takim problemem podróżowanie z dzieckiem pociągiem. Za to ja byłam domowym „pisarzem” i brak bezpośredniego kontaktu nadrabiałam listami.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama