Nieźle siebie zmaltretowałem

Myślę, że trzeba mieć pewną odwagę, żeby powiedzieć: nie chcę tego albo nie będę tego robił. Pomimo że za „tego” można otrzymać całkiem sensowne materialne apanaże i człowiekowi nieraz coś tam podszeptuje - nie bądź głupi, nie odrzucaj tego, pozostaję niewzruszony. Przewodnik Katolicki, 15 kwietnia 2007




Ostatnią naszą rozmowę zakończyliśmy pytaniem o to, jaki jest „nowy” Zenon Laskowik, na które nie padła odpowiedź. Czy dziś potrafi Pan już na nie odpowiedzieć?

– Myślę, że ten proces odnowy trwa. Na pewno jestem bardziej dojrzały jeśli chodzi o pewne wartości, także te ponadczasowe, jak być sobą. To z kolei wiąże się z częstym odrzucaniem tego, co mi się proponuje, a także podpowiedzi wewnętrznych. Myślę, że trzeba mieć pewną odwagę, żeby powiedzieć: nie chcę tego albo nie będę tego robił. Pomimo że za „tego” można otrzymać całkiem sensowne materialne apanaże i człowiekowi nieraz coś tam podszeptuje - nie bądź głupi, nie odrzucaj tego, pozostaję niewzruszony. Zawsze, gdy uznam, że to nie ma głębszej wartości, jest tylko ładnym, lecz bezwartościowym „opakowaniem”, do którego nie mam zamiaru wchodzić. Sądzę, że jestem coraz bliżej siebie, choć proces ten nie jest zakończony…

Powiedział Pan, że w momencie odejścia od show-biznesu zaczął Pan naprawdę żyć. Czy rzeczywiście nigdy nie żałował Pan tej decyzji?

– Nigdy. Odszedłem w momencie, kiedy osiągnąłem szczyt popularności. Uczyniłem to, ponieważ byłem bardzo spragniony wiarygodnej świątyni dla swojej sfery intymnej. Potrzebowałem największej intymności rozmowy z samym sobą, a kamery i sceniczno-telewizyjny blichtr temu przeszkadzają.

W naszym nowym programie zadajemy sobie takie pytanie, czy dla sztuki potrzebny jest sponsor, czy też mecenas sztuki? Odpowiadamy, że zdecydowanie mecenas. Sztuka jest niezwykle delikatną materią, gdzie trzeba obcować z samym sobą, a także dzielić się z drugim człowiekiem, ale tylko w jakiejś szczerości i uczciwości, dlatego potrzebny jest mecenas. Show-biznes to miejsce, gdzie wszystko się świeci, jest w nim bardzo dużo kiczowatości, a ja mam już ich dość. Dlatego chcę również być dla siebie mecenasem…

Co podczas używania życia działo się z Pańską duszą?

– No właśnie, dusza jeszcze do dziś się leczy. Ona była bardzo okaleczana. Kiedy człowiek w swoim życiu dochodzi do takiego momentu, w którym wydaje mu się, że się jej pozbył, to traci z nią kontakt. Jest to ostatni moment, by odnaleźć w sobie odwagę na jej odszukanie, inaczej straci się tożsamość. Dzięki pomocy Pana Boga odnalazłem tę odwagę, by krytycznie ocenić swoje dotychczasowe życie i porzucić je, a odszukać nowe. Zaczęło się moje wielkie odrodzenie, które myślę, że wciąż trwa. Mam nadzieję, że jeżeli człowiek nieświadomie używa życia, to Bóg mu to wybaczy… Teraz, w miarę dojrzewania, zadaję sobie wiele pytań dotyczących mojej duszy. Póki istnieje tajemnica śmierci, najgenialniejszy pomysł Pana Boga, nigdy nie rozwiążemy tej tajemnicy, w której też sami uczestniczmy. Zawsze mam dziwne odczucie, że kiedy mówię o poważnych sprawach, to jakoś one dziwnie brzmią… Niemniej na pewno wyzbyłem się lęku przed śmiercią, dlatego też uciekam zawsze tam, gdzie mogę umierać, bo umieranie każdego dnia jest największym sensem życia. Szukam tego Słowa, które mnie buduje, które jest dla mnie pokarmem duchowym i bez którego już byłoby mi ciężko żyć.
«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...