Bóg otworzył mi oczy

Nie planuję niczego, zauważyłam, że dużo łatwiej jest zaufać Panu Bogu i codziennie zadawać Mu pytanie: co mam dzisiaj robić? Jest taki święty, który codziennie modlił się do Pana Boga: „a Ty mnie, Panie Boże, dzisiaj sobie pilnuj”. To mi się bardzo podoba i tak chcę żyć. Przewodnik Katolicki, 29 kwietnia 2007




Możesz opowiedzieć, jak wyglądały objawy Twojej choroby?

- Niestety, były bardzo typowe, tylko nie umieliśmy ich prawidłowo odczytać. Chodziłam przez parę miesięcy z powiększonymi węzłami chłonnymi, kaszlem, stale walczyłam ze słabością swojego ciała. Lekarze, do których się zgłaszałam, także nie dostrzegali niczego groźnego, wręcz zapewniali mnie, że nic mi nie jest, przez co straciłam tak cenny w moim przypadku czas na leczenie.

Zanim dowiedziałam się, że mam raka, miałam dokładnie zaplanowane całe swoje życie. Na trzy miesiące przed moimi osiemnastymi urodzinami miałam zrobić prawo jazdy, impreza urodzinowa też już była zaplanowana, miałam również pomysły na wakacje… właściwie miałam plany na każdy dzień i miesiąc swojego życia.

Teraz, gdy z perspektywy czasu patrzę na niektóre z nich, jestem przerażona ich głupotą. Cztery tygodnie przed tym jak dowiedziałam się o swojej chorobie, sprzątałam ze swoim chłopakiem dom i w żartach tak do niego powiedziałam, że zachowujemy się tak jakbyśmy nigdy w życiu nie mogli dostać raka, tak jakbyśmy już tu na ziemi byli nieśmiertelni, zawsze piękni, młodzi i zdrowi… Niesamowite jest dla mnie to, że po miesiącu Pan Bóg dał mi tę chorobę.

W jaki sposób się o tym dowiedziałeś?

- Lekarz rodzinny dał mi skierowanie do hematologa. Byłam trochę podenerwowana, ale tylko i wyłącznie koniecznością udania się na badania do szpitala. O niczym innym nie myślałam. Tak było przez cały czas trwania licznych badań, przekierowywania mnie od jednego specjalisty do kolejnego. Cały czas próbowałam sobie wmówić, że nic mi nie jest, nawet wówczas, gdy usłyszałam jak jedna z lekarek mówi do innej, że bardzo prosi, o natychmiastowe zapoznanie się z moim wynikami, kiedy lekarze przekazywali je sobie po kolei, kiedy omawiali je w kilka osób, nawet wówczas, gdy wyprosili mnie z pokoju, w którym został tylko ojciec…

Wciąż chciałam ocalić nadzieję, że to na pewno nie jest nic złego. Padały przy mnie medyczne terminy, których wówczas nie rozumiałam. Zdjęcia rentgenowskie wykazały, że w klatce piersiowej mam guza, który może spowodować uduszenie. Dopiero to mnie przeraziło i zaczęło coś do mnie docierać. Poczułam ogromny strach. Szłam szpitalnym korytarzem, który tamtego dnia nie miał dla mnie końca, i kiedy zobaczyłam napis na drzwiach: Hematologia i onkologia, powtarzałam sobie ze strachem: ja nie chcę…

Po przekroczeniu progu zobaczyłam łyse dzieci, lekarz poprosił mnie na rozmowę i wyjaśnił, że jestem chora na raka, że dostanę chemię itd. Zastanawiałam się, czy on mówi o tej chemii, od której się wymiotuje, łysieje, którą właściwie znam tylko z telewizji, z programów o dziecięcych hospicjach… Gdy w końcu dotarła do mnie ta informacja, w jednym ułamku sekundy runął mój cały dotychczasowy świat, a wraz z nim wszystkie plany na przyszłość. Nie zostało mi absolutnie nic, i ta wielka pustka zmusiła mnie do odbudowania moich relacji z Bogiem, by nie popełnić samobójstwa… Po prostu były i są takie momenty, kiedy czuję się strasznie samotna, one zmuszają mnie do budowania prawdziwej relacji z Panem Bogiem, by przez to wszystko przejść.
«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...