Chwali Boga pracą i cierpieniem

Zbigniew Urbański inaczej wyobrażał sobie swoje życie. Zawsze pełen energii, wysportowany, aktywny, nagle musiał zwolnić tempo. Gdy zachorował, był załamany, buntował się. Przecież dbał o swoje zdrowie, dlaczego więc takie doświadczenie? Gdy nie znalazł odpowiedzi na dręczące go pytania, starał się godzić z losem. Źródło, 1 kwietnia 2007




Zbigniew Urbański inaczej wyobrażał sobie swoje życie. Zawsze pełen energii, wysportowany, aktywny, nagle musiał zwolnić tempo. Gdy zachorował, był załamany, buntował się. Przecież dbał o swoje zdrowie, dlaczego więc takie doświadczenie? Gdy nie znalazł odpowiedzi na dręczące go pytania, starał się godzić z losem. Przestał się nad sobą użalać i rozpoczął walkę. Teraz nie może ciężko pracować ani uprawiać sportu, lecz nie zrezygnował ze wszystkiego. Jego mieszkanie zdobią puchary z konkursów wędkarskich i dyplomy za zwycięstwa w Konkursach Palm Wielkanocnych w Lipnicy Murowanej - miejscowości, w której mieszka od dzieciństwa.

Pan Zbigniew znalazł swoje miejsce na ziemi w Lipnicy Murowanej. Wieś ta położona nad Uszwicą, na Pogórzu Wiśnickim, w Małopolsce, kojarzy się przede wszystkim z odbywającym się tam od prawie pół wieku konkursem palm organizowanym w Niedzielę Palmową, ze świętymi Urszulą i Marią Teresą Ledóchowskimi oraz Szymonem, a także z wpisanym do księgi zabytków UNESCO - kościółkiem św. Leonarda.

Dla pana Zbigniewa, Lipnica to miejsce urodzenia i zamieszkania całej rodziny. Tu wśród urokliwych pagórków, pokrytych lasami, nad rwącą wijącą się rzeką, spędził dzieciństwo. Jak sięga pamięcią, zawsze pociągała go natura i zachwycała przyroda. Potrafił godzinami wędrować po lesie i przyglądać się różnym gatunkom drzew. Nie tylko podziwiał, próbował również rzeźbić. Już jako kilkuletni chłopiec strugał z drewna nożyki, szabelki, ludziki. Nie poszedł jednak w kierunku rzeźby, został stolarzem. Wprawdzie w rodzinie nie było takich tradycji, bo ojciec i dziadek - to kowale, ale on nie wyobrażał sobie pracy w innym zawodzie. Wcześniej musiał odbyć służbę wojskową. Został przydzielony do Kompanii Reprezentacyjnej WP. Służba przypadła mu do gustu i pozostawiła miłe wspomnienia. Wrócił jednak do Lipnicy, zamieszkał z rodzicami i zajął się pracą, oczywiście w drewnie. Wykonywał schody, drzwi, okna, boazerie, sufity. Pracował w prywatnym zakładzie, był z tego zadowolony, nie chciał otwierać własnego. Zmienił wystrój domu, "żeby było tak - jak nie ma nikt". Sufity ozdobił drewnianymi kasetonami, ściany przedpokoju pokrył boazerią, własnoręcznie wykonał meble do kuchni i drzwi wewnętrzne. To wszystko ogromnie go cieszyło, tym bardziej, że wkrótce miała się tu wprowadzić młoda gospodyni. Był najmłodszy w rodzinie, więc zgodnie ze zwyczajem pozostał z rodzicami. Swoją przyszłą żonę poznał na kursie przedmałżeńskim.
- Marysia od razu wpadła mi w oko, bardzo mi się spodobała - wspomina. - Potem się przekonałem, że oprócz urody ma wiele innych zalet, jest pracowita, zaradna, opiekuńcza. Chodziliśmy ze sobą kilka lat, bo różne okoliczności nie pozwalały wcześniej się pobrać. Ślub wzięliśmy w 1996 r. Układało nam się dobrze, relacje z rodzicami były poprawne, jedno co nas zasmucało, to brak potomstwa. Dużo pracowaliśmy, ja w swoim zawodzie, Marysia początkowo w handlu, później zaś w miejscowym zakładzie produkującym bombki choinkowe. Jej zadaniem było ręczne ich ozdabianie, a że miała talent plastyczny, pięknie to wychodziło. Obydwoje bardzo lubiliśmy swoje zajęcia.
«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...